Uważna obecność
Rok formacji 2025/2026
Rok formacji 2025/2026


| Brak wydarzeń |
Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział.
Bardzo lubię ten fragment Ewangelii, chociaż często czytany jest w czasie pogrzebów. A może właśnie dlatego jest mi taki bliski?
Po pierwsze w sytuacji straty kogoś bliskiego, Jezus przynosi pocieszenie: Niech się nie trwoży serce wasze.
Po drugie, Jezus mówi, że śmierć to tylko przejście do życia wiecznego, do mieszkania, które przygotował nam w Niebie.
I jeszcze to zapewnienie: Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział.
Panie Jezu, wierzę w Ciebie i wierzę Tobie całym sercem, bo Ty jesteś PRAWDĄ.
„Moje owce słuchają mego głosu,
Ja znam je, a one idą za Mną.”
Czy ja słucham głosu mojego Pasterza? Czy Go znam? Jak odpowiedzieć na te pytania? Niby do kościoła chodzę, Słowa Bożego codziennie słucham, ale czy zawsze wybieram drogę Ewangelii? Częściej widzę siebie jako owcę, która ciągle coś chce od swojego Pasterza. Może nawet mało słuchająca, a dużo gadająca. Owca daje też wełnę i mleko, czy zatem ja daję dobre owoce? Może nie jestem jak Łatwogang, ale przecież nasłuchując głosu swojego Pasterza, też mogę zrobić coś, co się przyczyni dla dobra wielu.
Panie, proszę Cię o wrażliwość na Twój głos, mówiący o zaangażowaniu w bycie pomocną.
Trudna jest ta mowa Jezusa, nie tylko dla Żydów, ale także dla mnie. Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie.
Karmienie się Ciałem i Krwią Jezusa, karmienie się Jego Słowem, rzeczywiście daje mi życie - sprawia, że nie jestem martwa. Szczególnie w trudnych sytuacjach daje mi siłę, bym mogła przejść przez te trudności i żyć. Wielokrotnie tego doświadczyłam. Nie wyobrażam sobie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać, jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie karmiła się Jego Słowem, Jego Ciałem i Krwią. Dzięki Jezusowi mam życie już tutaj na ziemi. Ale na tym nie koniec. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne.
Czy to znaczy, że wystarczy spożywać Ciało Jezusa i już sam ten fakt gwarantuje mi zbawienie? Oczywiście, że nie. Jezus przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie zapewnił nam zbawienie bez naszego udziału. Naszym zadaniem jest przyjąć tę łaskę - przyjąć zbawienie. Karmienie się jego Ciałem i Krwią ma być wyrazem przyjęcia tej łaski. Ma być, ale czy zawsze jest? Czy zdaję sobie sprawę z tego, karmiąc się Ciałem Jezusa na Eucharystii? Czy nie staje się to przyzwyczajeniem?
Jezu, wierzę, że w tym Chlebie, który nam zostawiłeś jest prawdziwe Twoje Ciało. Dziękuję za ten Pokarm, którym posilasz mnie w drodze do zbawienia.
Dzisiejsza Ewangelia przypomina nam, jakim chlebem nakarmimy się i nigdy łaknąć nie będziemy. Jest to chleb życia, którym jest sam Jezus.
Boże, dziękuję Ci za łaskę wiary w Jezusa, Twojego Syna i za łaskę przychodzenia do Niego każdego dnia. Różne to moje przychodzenie i różna wiara, ale jednak jest i dziękuję Ci za nią, bo ona daje mi życie.
Ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów.
Bardzo poruszyły mnie dzisiejsze czytania. Po pierwsze psalm 27 to ten sam psalm, który czytałam rano w dniu, kiedy odszedł do Pana mój mąż: Wierzę że będę oglądał dobra Pana w krainie żyjących.
Wielkie dobra Pana dostrzegam również w Ewangelii. Jezus rozmnaża chleb i karmi wielki tłum. Ten wielki cud dzieje się i dziś, w każdej Eucharystii. Zatrzymałam się jednak na zdaniu, w którym Jezus mówi do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». To zdanie przypomniało mi fragment pieśni: " a ułomki chleba, które zostaną rozdaj tym, którzy nie wierzą w swój głód. Jak mam to zrobić? Jak podzielić się chlebem, który daje mi Jezus w każdej Eucharystii? Są w moim otoczeniu bliscy, którzy nie odczuwają potrzeby karmienia się Słowem, czy Ciałem Jezusa - nie wierzą w swój głód. Dalsza część tej samej pieśni podpowiada jak to zrobić: Przemień mnie w siebie, bym jak Ty stał się chlebem. Pobłogosław mnie, połam, rozdaj łaknącym braciom.
Być dobrym jak chleb, to dewiza Świętego Brata Alberta oznaczająca bezinteresowną miłość i dostępność dla każdego. Człowiek powinien być otwarty na potrzeby bliźnich, zwłaszcza ubogich i odrzuconych. Dziś Jezus pokazał mi to bardzo wyraźnie.
Wracając do domu z odebraną z paczkomatu przesyłką, w której była moja ulubiona i nie byle jaka kawa, zobaczyłam człowieka, który z ustawionego obok sklepu spożywczego śmietnika, wybierał nadające się jeszcze do spożycia produkty. Obok leżał spokojnie, wpatrzony w swojego pana pies. Bardzo poruszyła mnie ta scena. Nie dość, że sam miał niewiele, to jeszcze dzielił się tym "niewiele" ze swoim towarzyszem. To jest przykład bezinteresownej miłości - może błahy, ale jak wiele mnie uczy.
Dziękuję Ci, Panie za to, że mogę codziennie karmić się Twoim Słowem i Chlebem, który daje życie. Pomóż mi stawać się chlebem dla każdego potrzebującego.
Czytając dzisiejszą Ewangelię, przeniosłam się myślami nad Jezioro Tyberiadzkie. Tuż przed działaniami wojennymi udało mi się być w tym miejscu, co bardzo pomogło mi w takiej duchowej podróży. To spotkanie Jezusa z uczniami przypomniało mi podobną scenę, w tym samym miejscu, gdy Jezus powoływał apostołów. Okoliczności bardzo podobne, ale uderzyło mnie to, jak zmieniła się postawa Piotra. Już nie mówi: Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny, ale przywdział na siebie wierzchnią szatę - był bowiem prawie nagi - i rzucił się wpław do jeziora, do Jezusa.
Już nie dyskutuje z Jezusem, że zna się lepiej na połowach, ale pokornie robi to, co proponuje Jezus. Trzy lata chodzenia z Jezusem bardzo zmieniło Piotra.
A ja? Czy spotkanie ze Zmartwychwstałym, poznawanie Go w Słowie, ponad 20 lat we wspólnocie, zmieniło mnie choć trochę? Czy nadal chcę się zmieniać? Tutaj przychodzi mi na myśl fragment wiersza Jana Twardowskiego pod tytułem "Wielkanocny pacierz":
"...tyle zmartwychwstań już przeszło, a serce mam byle jakie.
Tyle procesji z darami, tyle już Alleluja,
a moja świętość dziurawa, na ćwiartce włoska się buja."
Panie Jezu, tyle jest jeszcze do zrobienia. Chcę być coraz bliżej Ciebie, dostrzegać Twoją obecność w moim życiu - tej mojej "Galilei". Otwieraj moje oczy i moje serce.
Dzisiejsza Ewangelia to przepiękne osobiste spotkanie Marii Magdaleny i Jezusa.
Kobieta jest zrozpaczona, w ciężkim położeniu. Jezus jej nie zostawia samej, najpierw posyła swoich wysłanników, a jak to nie pomaga, to pojawia się osobiście, żeby ją pocieszyć. Myślę sobie, że w naszym życiu, w trudnych chwilach, jest podobnie. Jezus posyła nam pomocników, często w postaci wsparcia innych ludzi, a jak to nas nie pocieszy, to przychodzi osobiście. Tylko żebyśmy to zobaczyli, gdy jesteśmy w ciężkim położeniu, czasem musimy się trochę porozglądać, dostrzec choć odrobinę dobra w tym trudnym czasie. Jezus nas nigdy nie zostawia samymi. Przychodzi jako Zmartwychwstały, który niesie nadzieję, i nie chce się na tym zatrzymać, (noli me tangere), tylko iść dalej z nami przez życie.
Pan Jezus powiedział do św. Siostry Faustyny: „Jedna godzina rozważania Mojej bolesnej Męki większą zasługę ma, aniżeli cały rok biczowania się aż do krwi”.
Czy znajdę dziś jedną godzinę dla Jezusa i z Jezusem?
W Wielkim Tygodniu niesamowicie porusza mnie miłość Jezusa, Jego pokora, wytrwałość, myślenie o innych, nawet w tak wielkim stresie i cierpieniu.
Dziś w ewangelii mamy dwie osoby Judasza i Piotra.
Jezus siedzi koło swojego zdrajcy i zamiast czuć złość, nienawiść, odrazę, to czuje wzruszenie. I jeszcze jedzenie mu podaje.
Zawstydza mnie ta postawa, bo wiem, jak szybko nie mam ochoty kogoś widzieć, gdy jest mi nieprzychylny.
Piotr natomiast jest pierwszy na starcie do obrony Jezusa i gdy napotyka pierwsze trudności, to tchórzy. A Jezus i tak go kocha, nie zniechęca się nim nawet w sytuacji zaparcia się Piotra. Bo Jezus wcale nie czeka na nas na mecie, on nie oczekuje od nas medali i pucharów za życie, On jest z nami podczas naszej wędrówki cały czas, jest przy naszym upadku, jest przy nie dotarciu do mety. Taką refleksję usłyszałam ostatnio słuchając rozważań Ekstremalnej Drogi Krzyżowej podczas bardzo trudnej trasy, brodząc po kolana w śniegu. I wtedy to nie były dla mnie puste słowa, myśląc sobie, że Jezus idzie razem ze mną w tym trudzie i nie czeka, aż dojdę do końca, tylko jest przy mnie cały czas.
Panie, dziękuję Ci za Twoją ogromną miłość.
Odwiedza nas 1955537 gości oraz 707 użytkowników.