Dobre Słowo od Was IX ndz Zw "C"

posted by: Basia i Romek Rabajczykowie
Poprawiono: 02 czerwiec 2013

Do szpitala!

Wszyscy doskonale wiemy, że są cztery Ewangelie. Potocznie się jednak mówi, że jest też piąta. Ta piąta Ewangelia to my. To, jak się zachowujemy, co mówimy, czego nie mówimy. I nie robimy także.

            I tak się jakoś składa, że ta piąta Ewangelia jest przeważnie jakby zaprzeczeniem czterech. Wcale nie widać w nas ani wiary, ani miłości, ani nawet modlitwy czy pokory. Sprawdzianem wiary nie są nasze modlitwy, ilość przeżytych nabożeństw majowych ani nawet Mszy świętych. Tym sprawdzianem jest opinia, jaka się ciągnie za nami. Z jednej strony chciałoby się zapytać, czego można od siebie więcej wymagać, co można jeszcze poprawić, czy mamy się do czegoś zmuszać? Albo udawać kogoś, kim nie jesteśmy? Mamy dawać przykład radości na pogrzebie czy może każdą rozmowę zmieniać w namawianie do ochrony życia?

 

            Wcale nie chodzi o to, aby każdy z nas coś opowiadał, nakazywał czy wychodził na ambonę. Ale wszyscy jesteśmy wezwani do postawy prawdy i radykalnego opowiedzenia się: Czy ja wierzę? Czy moja wiara mnie zmienia?

            Jeśli zadamy sobie te pytania, to łatwo odpowiemy na pierwsze, ale z drugim już nie pójdzie tak prosto. No bo co zmienia we mnie świadomość, że jestem powołany do życia wiecznego? Przyznanie się do wiary może być machinalne, ale pytanie o to, w czym się wiara wyraża, jest już bardzo konkretne.

            Wcale nie chodzi o wypisanie się z Kościoła, jeśli nie potrafimy na nie odpowiedzieć. Chodzi tylko o świadomość, po co w tym Kościele jestem. Bo jeśli to nic nie daje, to może się okazać, że przez nazywanie się wierzącym po prostu kompromituję nie tylko siebie, ale i to, w co mówię, że wierzę.

            A jednak ludzie poznają Boga po naszym zachowaniu. Poznają i zadziwią się: jak oni się kochają. Żyją na tym samym świecie, ale nie należą do tego świata. Mają te same problemy, jedzą to samo, co wszyscy, ale w ich życiu widać coś więcej.

            Salomon, o którym dziś czytamy, był pewien, że kiedy przyjdą cudzoziemcy, a na pewno przyjdą, to też będą chcieli zażyłej relacji z Bogiem. Zapragną modlitwy, wysłuchania, spotkania z Bogiem Jedynym, który nadaje sens całemu naszemu istnieniu. I nie pomylił się. Kolejnego cudzoziemca spotykany w Ewangelii Łukasza. A jego pokorne i ufne wyznanie wiary powtarzamy przez dwa wieki chrześcijaństwa na każdej Mszy świętej.

            Jedno z najlepszych porównań ukazuje Kościół jako szpital. Przychodzą do niego chorzy, ci, którzy sobie nie radzą, którzy muszą zaufać, że jest Ktoś, kto może ich dotknąć, pokrzepić, uleczyć. Porównanie jest rewelacyjne, bo samo słowo Zbawiciel może być rozumiane albo jako Wyzwoliciel, albo Uzdrowiciel. Jezus zaprasza nas do Kościoła nie po zdaniu egzaminu z wiary, ale właśnie wtedy, gdy mamy problemy z wiarą, gdy nie potrafimy zaufać, gdy chorujemy na skamieniałość serca, głuchotę i ślepotę. W końcu takimi ludźmi się otaczał: sparaliżowanymi, ślepymi, dręczonymi przez różne niemoce.

            Najlepsza nauka dla nas: nie udawajmy wielkich świętych, pobożnych katolików i chrześcijan z dziada pradziada. Lepiej wejść do Kościoła jako ten niedomagający, słaby i nieradzący sobie z życiem. Bo tylko takim najpilniej zajmie się Boski Lekarz i będzie o niego zabiegał tak, jak o żadnego pobożnego. W końcu to szpital, a nie estrada J.