Drukuj

Dobre Słowo od Was 2013-04-14

posted by: Basia i Romek Rabajczykowie
Poprawiono: 13 kwiecień 2013

Poszukiwany i poznawany

Każdy z nas nosi w sobie jakiś obraz Boga, stworzony na podstawia przemyśleń, usłyszanych homilii, czytań. Coś nam świta, że jest wielki, że stworzył świat, że jest miłością. I może się zdarzyć, że ten nasz obraz Boga coraz bardziej nam się wypełnia, coraz lepiej Go rozumiemy, wydaje nam się, że już się wszystko układa w całość. Bóg jawi się prawie jak bliski krewny, znajomy albo stary kumpel z wojska...

 

            A jednak to straszne mieć Boga, którego się poznało. Boga, który przestał być tajemnicą.

            To coś strasznego powiedzieć, że się Go rozumie, starać się przed światem usprawiedliwiać wojny, choroby i wszystko, co nas boli – a nie bardzo pasuje do wizerunku kochającego Boga.

Pewnie taki dylemat mieli apostołowie, co rusz nie poznając Jezusa po zmartwychwstaniu. Nie poznały Go kobiety przy grobie. Apostołom zdawało się, że widzą ducha, gdy się ukrywali w Wieczerniku. W Emaus rozmawiał z nimi idąc drogą, a potem jeszcze przez pół nocy i nic. A dziś znów... Niby ktoś inny, a jednak to ON. Niby chodzili za Nim przez trzy lata, razem jedli, słyszeli, co głosił, i widzieli, co czynił. A teraz nie poznają. Bo nie da się poznać Boga. Nie da się Go wytłumaczyć ani zrozumieć. Nie można nawet opisać, co to jest miłość, a co dopiero opisać Jego.

            Można się zniechęcić, że mówimy o kimś niepoznawalnym i dalekim – więc może szkoda słów. Nie. Chodzi tylko o to, żeby się Bogiem zachwycić. Wchodząc z Nim w coraz bliższą relację, wcale nie rozumiemy Go lepiej, może nawet nie potrafimy powiedzieć, że kochamy coraz mocniej, ale jedno jest pewne – nasze oczy robią się coraz bardzie zdumione i zadziwione, usta mówią, że to jest Pan, a ciało pada przed Nim na twarz nie z lęku, lecz z zachwytu i uwielbienia.

            Kiedy wyobrażamy sobie nasze poszukiwanie i poznawanie Jezusa, to nie jest tak, jak z poznawaniem dawno niewidzianego wujka ze Stanów. To bardziej przypomina wędrówkę w góry, gdzie każdy krok pozwala nam zobaczyć więcej, z ciągłą świadomością, że szczyt jest bardzo daleki.

            A im dalej, tym jest trudniej. To nie tak, że chrześcijan omijają choroby i problemy.

            Im jesteśmy bliżej, tym trudniej wierzyć, tym ciężej się modlić, tym mozolniej kolejnego dnia uczynić rano znak krzyża na potwierdzenie tego, że dziś także chcę wierzyć.

            I tylko jedno trzyma nas na drodze – to, że poznaliśmy Jezusa, Tego, który nas zachwycił. Wszystkie nasze modlitwy, nabożeństwa, czytanie Pisma prowadzą nas właśnie do spotkania i do zachwytu.

            Bo czy jest sens modlić się ze strachu albo iść na Mszę św. z przyzwyczajenia, dla podtrzymania tradycji?

            Nawet jeśli tak jest, to nasz Bóg jest inny. Całkiem inny. I tak pokorny, że staje się małym kawałkiem chleba. I tak potężny, że dla Niego cały świat jest jak ziarenko piasku na dłoni.