Drukuj
Kategoria: Dobre Słowo

 

Dobre Słowo 17.03.2013 r. – V niedziela Wielkiego Postu

Iz 43,16-21; Ps 126,1-2.4-6; Flp 3,8-14; J 12,13; J 8,1-11

Grzech, który może pomóc?

            Panie Jezu, oddaję Ci do dyspozycji wszystkie moje uczucia, tę wiedzę, którą mam i nie mam, moje relacje do ludzi. Proszę, abyś się tym posłużył i wypowiedział to, co chcesz wypowiedzieć. Proszę o dar Twojego miłosierdzia, abyś mógł, Panie, mówić to, co Ty chcesz i też przebaczać mi w miejscach, w których Cię, Panie, będę zasłaniał. Oddaję Ci także wszystkie pokusy, porównywania się z innymi głosicielami słowa Bożego, szczególnie pokusę, że po co mam głosić, skoro nie powiem tak, jak ks. Węgrzyniak, ks. Marcin Kowalski, ojciec Wojtek Jędrzejewski. Oddaje Ci to wszystko, Jezu, i proszę Cię, abyś Ty posługiwał się tak, jak chcesz tym słowem.

Ta Ewangelia, którą dzisiaj czytamy w Kościele, jest mi znów bliska. Myślałem sobie, że dotychczasowe schematy w interpretacji są wystarczające, wręcz świeże, że chyba dziś się w niej nie odnajdę inaczej, jak tylko przez to, co już do tej pory na temat tej Ewangelii wiedziałem. Ale jakoś bardzo mocno dotarła do mnie intuicyjnie taka rzecz, że owa kobieta nie doświadczyłaby takiej miłości bezpośrednio od Jezusa, gdyby wcześniej nie szukała jej jako cudzołożnica, gdyby nie doświadczyła tego, że już ją ścigają, przychodzą z kamieniami, ciągną ją, traktują jak tę, która za chwilę zginie.

Przyprowadzają ją. Pochwycono ją na cudzołóstwie. To jest niebywałe. Gdyby nie to wszystko, to Jezus by akurat do niej pewnie nie trafił. Nie uważam, że to jest herezja, a wręcz przeciwnie. To wszystko było jej potrzebne, bo w jej przypadku, gdyby Jezus poszedł, obserwował ją i sam zobaczył, że jest kobietą cudzołożną, potem wyszedłby klient, wszedłby Jezus i powiedział do niej: Kobieto, ty się sprzedajesz! Szukasz miłości, którą Ja mam. Przyjmij miłość, zobacz, jestem Jezus! – to do niej by to nie trafiło. Do jej historii życia mogłoby to nie trafić.

Ona bardzo potrzebowała tego, żeby ją pochwycono na cudzołóstwie, czyli w całkowitym zawstydzeniu, żeby uczeni w Piśmie i faryzeusze właśnie tak zinterpretowali Prawo, żeby wyszło, że musi zginąć. Musiała czuć na swoich barkach z tyłu, jak już zaraz ją uderzą kamienie. Musiała być ciągnięta może przez całe miasto. Wszystko to, co ją oskarżało − łącznie z Prawem, z Pismem Świętym – świętością największą − musiało ją zaciągnąć do Jezusa. Musiała przeżyć najgłębsze z upokorzeń, najgłębszą z przepaści w sobie. Musiała zejść tak nisko. Musiała się po prostu puszczać ze wszystkimi, żeby stanąć przed Jezusem i żeby doświadczyć czegoś, co jest zupełną nowością w spojrzeniu na nią.

Na rekolekcjach dla kapłanów ojciec Wojciech Ziółek, prowincjał jezuitów, zadał nam takie pytanie: Proszę księży, zastanówcie się, czemu popełniacie ten, a nie inny grzech czy grzechy tak często. Warto. Czego wasze serce szuka, kiedy wybiera akurat ten grzech? I odpowiedział: Bo w tych poszukiwaniach, na końcu, jest ciągle miłość Jezusa. Jej się szuka i dlatego się grzeszy. Absurdalne. Szukam miłości Jezusa i grzeszę? To rzuca nowe spojrzenie na grzech, na zło.

Prorok Izajasz mówi: Nie wspominajcie wydarzeń minionych, nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy. Oto Ja dokonuję rzeczy nowej: pojawia się właśnie. Czyż jej nie poznajecie? Kto z was jest bez grzechu? Przez jaką historię, przez jakie doświadczenie Pan Bóg w ostatnim czasie mnie przeprowadza, chce przeprowadzić, czy może przeprowadzi teraz, żeby dotarło do mnie, że Jego potrzebuję, że ssie mnie wewnątrz pragnienie Jego miłości.

Ktoś może ma teraz doświadczenie, że go zostawiają przyjaciele. Jeden ze świętych tak mówił: Panie Boże, zabierasz mi wszystkich przyjaciół. Nikt się nie zapyta, jak się czuję, właśnie po to, żebym odkrył, że mam Cię w sobie, że mam z Tobą spotkać się osobiście.

A może ktoś ma takie doświadczenie, że ma gdzieś już wszystkich przyjaciół, że nie chce nikogo, z nikim się nie chce spotkać, bo właśnie to doświadczenie jest mu potrzebne, aby zassało go do Jezusa.

Czasem Pan Bóg musi poobalać jakieś świętości w naszym życiu, do których się przyssaliśmy ślepo, faryzejsko. Musi poobalać takie interpretacje Pisma, jakie mają faryzeusze i uczeni w Piśmie. Musiał im Jezus przeorganizować, musiał wypełnić Prawo. W Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować, a Ty co mówisz? Wystawiali Go na próbę, żeby Jego też ukamienować. Czasem trzeba też odessać się od dotychczasowych interpretacji małżeństwa, swojego życia i przejść przez piekło.

Jestem 15 rok księdzem i nigdy nie zdarzyło mi się, żebym opuścił brewiarz czy liturgię godzin. Jeśli nawet zaniedbywałem jakieś godziny, to później je kumulowałem, nadrabiałem, bo trzeba było spełnić obowiązek. Niedawno, pierwszy raz, nie otworzyłem brewiarza. Coś, co było dla mnie świętością, po prawie 15 latach prysło.

Stawiam sobie pytanie: Czemu mnie to spotkało? Co Pan Jezus chciał mi przez to powiedzieć? Zabrał mi taką pewność, że jestem wiernym księdzem. To takie może za świeże świadectwo, ale tak sobie myślę i cały czas się na to otwieram, że Pan Jezus mi chciał powiedzieć: Leszku, nie twoja wierność trzyma cię przy Mnie. Nie twoje posłuszeństwo trzyma cię przy Mnie. Nie to, że Mnie szukasz, trzyma cię przy Mnie, ale to, że Ja cię szukam. To, że Ja tęsknię za tobą, że Ja cię pragnę. Zrobię wszystko, nawet dam ci doświadczyć utraty bezpieczeństwa i twojego wyobrażenia o pobożnym księdzu, zabierając ci twoją wierność do liturgii godzin, do brewiarza. Żebyś Mnie odkrył i inaczej to zinterpretował.

Pan Jezus, daje nam dziś łaskę, która wyraża się w takim zaproszeniu wejścia w doświadczenie jakiegoś opuszczenia, czegoś, w czym może mówisz: Nienawidzę Cię, Boże! Nawet Cię nie mam tyłku. Nie chcę z Tobą gadać o tej Twojej miłości! − czy jakiegoś przekonania o sobie, kim to ja nie jestem. Jezus daje nam łaskę zaproszenia do tego, abyśmy Go odkryli osobiście.

Święty Paweł mówi: Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim, nie mając mojej sprawiedliwości, pochodzącej z Prawa, lecz Bożą sprawiedliwość, otrzymaną przez wiarę w Chrystusa, sprawiedliwość pochodzącą od Boga, opartą na wierze – przez poznanie Chrystusa. Poznanie Chrystusa. Wejście z Nim w bliskość osobistą, w której nie wyręczą mnie najlepsi przyjaciele i w której wcale nie muszą przeszkadzać największe moje tragedie. Może moimi największymi przyjaciółmi są moje największe tragedie i moje nowe spojrzenia na największe grzechy? Przez poznanie Chrystusa: zarówno mocy Jego zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach, w nadziei, że upodabniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z martwych. Dojdę jakoś!

Nie mówię, że już to osiągnąłem i już się stałem doskonałym, lecz pędzę, abym też pochwycił, bo i sam zostałem pochwycony przez Chrystusa Jezusa. Mam pochwycić, bo sam zostałem już pochwycony przez Jezusa,zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną – nie ku roztrząsaniu historii mojego życia, zranień, tego, co mnie spotkało, co mnie jeszcze spotka − pędzę ku wyznaczonej mecie, ku nagrodzie, do jakiej Bóg wzywa w górę w Chrystusie Jezusie. To jest mój kierunek! A co się stanie po drodze – jak mówił ksiądz rekolekcjonista – to są sprawy wtórne, zupełnie nieistotne w tym momencie.

Idź, a od tej chwili już nie grzesz. Co to znaczy? – Że od tej chwili nie będę miał już grzechów albo będę miał takie lekkie, opanowane, że nie będę bardzo obrażał Pana Boga? – Nie sądzę, żeby o to chodziło. Jezus jest realistą: Idź, a od tej chwili już nie grzesz. To znaczy miej właściwą relację do swoich grzechów.

Największym grzechem – jak zapisał sobie na kartce i przykleił do komputera pewien jezuita – jest mówienie, że są grzechy, których Bóg nie odpuści.

Idź, a od tej chwili już nie grzesz. Miej relację, zdrową relację do swoich grzechów, bo jeszcze – jak syn marnotrawny – się nie raz uświnisz, nie raz się sprzedasz, sprostytuujesz, mówiąc bardzo dosadnie: puścisz się ze swoimi zniechęceniami, ze swoją obrzydliwością, z nałogiem, z uzależnieniem, ze swoją skłonnością do obgadywania, do osądzania innych.

Nie grzesz, to znaczy, miej do tego zdrową relację. Wracaj.

Ksiądz Leszek Starczewski