Drukuj
Kategoria: Dobre Słowo

Rz 8,12-17; Ps 68,2.4.6-7.20-21; J 17,17; Łk 13,10-17

Zgięci życiowo - ujęci

Duchu Święty, daj nam czerpać życie z bliskości z Jezusem i umacniaj nas w cierpliwości, gdy będziemy umierać dla tyranii naszego myślenia, odczuwania, biorących się z popędów ciała.

Jezus zmierza ku wypełnieniu woli Ojca. W drodze czyni znaki, które potwierdzają, że rzeczywiście Bóg jest przychylny człowiekowi. Wczoraj słyszeliśmy o uzdrowieniu, które na mocy wiary, jaka była w Bartymeuszu, mogło się dokonać. Dzisiaj słyszymy o kolejnym uzdrowieniu. Przedziwne jest to, że ewangelista ani razu nie wspomina, że Twoja wiara cię uzdrowiła (Mk 10,52). Ocaliła. Nie wspomina, jakby Jezus wypowiadał te słowa do kobiety.

Co to za kobieta? Od osiemnastu lat miała ducha niemocy: była pochylona i w żaden sposób nie mogła się wyprostować. Przywołując ją, wcześniej ją zobaczywszy, Jezus mówi do niej: Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy. Zwraca się do niej bardzo osobiście. Nie ma tu mowy o tym, że jej wiara ją uzdrowiła. Ona jest pochylona i w tym pochyleniu, w tym osiemnastoletnim zgięciu – czy nawet zagięciu – kryje się tajemnica, jak było z jej wiarą.

Wiemy, że Jezus uzdrawiał, okazując miłosierdzie Boga. Czy ta kobieta miała wiarę gotową do uzdrowienia? Czy Jezus działa wyłącznie na zasadzie współodczuwania, litości? Ta tajemnica jest ukryta wraz z pochyleniem tej kobiety, w tym zagięciu życiowym, w którym ona jest. Fakt jest taki, że włożył na nią ręce, a natychmiast wyprostowała się i chwaliła Boga.

Są pewne rzeczy, które naprawdę okryte są jakąś tajemnicą, których człowiek nie jest w stanie wyprostować, których nie jest w stanie sam o własnych siłach rozkminić, wytłumaczyć. Ale w tym wszystkim kryje się ciągle jakaś dyskretna obecność Boga, który nagle, zza kurtyny, wychodzi. Z tej zasłony – jakby był w ogóle nieczuły, jakby jakoś testował, jakby nie wiadomo co tam robił i dlaczego tak długo siedział – wychodzi w odpowiednim momencie po to, aby uwolnić od niemocy. By nie wpatrywać się w to, co ziemskie, to, co cielesne, w to, co odwraca naszą uwagę od Boga, ale właśnie by się zwrócić do Niego.

I ty, i ja, mamy jakieś zagięcie życiowe, jakieś pochylenie, które nas męczy, które – przyjmując sposób liczenia (choćby w naszym kraju) lat dojrzałości – przez osiemnaście lat nas trzyma. Coś w nas musi dojrzeć, abyśmy mogli zobaczyć, że dojrzał w nas Bóg. Coś w nas musi się przegryźć, aby działanie Boga mogło nas wyprostować. Czasem rzeczywiście trzeba najwyraźniej wpatrywać się i przyjąć postawę, która jest niesamowicie ograniczająca i pokorna – wpatrywać się w swoją słabość, po to, żeby w pewnym momencie dostrzec, że w tę słabość także wpatruje się Bóg, który okazuje miłosierdzie.

Ksiądz Leszek Starczewski