Drukuj
Kategoria: Dobre Słowo

Iz 50,4-9a; Ps 69,8-10.21-22.31.33-34; Mt 26,14-25

Starcie gigantów

Duchu Święty, spraw, abyśmy się trzymali klucza, w którym zostało nam podane słowo, czyli klucza bezinteresownej miłości, jaką Bóg przez Jezusa w Twojej mocy chce wlać w nasze serca poszerzając przestrzeń do przyjmowania tej miłości i przekazywania jej dalej.

Kiedyś stojący przed zaproszeniem na uroczystości ślubno–weselne znajomi tłumaczyli mi, że to jest oczywiste – jak mówili – iż trzeba dać prezent, który będzie przynajmniej tej samej wartości, co obiad wydany na ich dwojga zaproszonych na tę uroczystość.

Ja się na tym nie znam, ale skojarzyło mi się to z miarą, jaką my często stosujemy względem siebie, względem życzliwości drugiej osoby. Z miarą, która dla wielu z nas stała się więzieniem i przez to kompletnie nie jesteśmy w stanie pojąć, że może istnieć bezinteresowność, że może istnieć nie odpłata oko za oko, ząb za ząb, jak grzech to też grzech, że istnieje coś takiego jak bezinteresowność.

Dzisiaj słowo – spróbujmy w tym kluczu je rozważyć – ukazuje nam starcie interesowności z bezinteresownością. Mamy z tym kłopot. Ma z tym kłopot Judasz w dzisiejszej Ewangelii, który przeliczył wartość Jezusa. Pewnie każdy biblista czy komentator słowa znajdzie różne wytłumaczenia 30 srebrników − bardziej nowe, frapujące, zaskakujące, dyskredytujące poprzednie. Ale jakbyśmy nie tłumaczyli, to rzeczywiście niewiele, ale na ulicy nie leży. Czy to rzeczywiście jest opłata jaką dawano za utratę życia niewolnika? Nieważne. W każdym razie to jest cena policzona za Jezusa i za to, co robił, za to jak dał się przedstawić, jak został odczytany przez Judasza.

Miara... . Bóg nie mieścsię nam w innych kategoriach tylko w miarach. Tak Go najczęściej pojmujemy, bo musimy Go sobie obliczyć. Bo musimy sobie obliczyć, ile możemy Go przyjąć, ile możemy poświęcić Mu czasu, ile nam może wybaczyć, ile ma dla nas cierpliwości. Tak mamy. Taka bida z nas, że stroi się w kogoś, kto potrafi w ubraniach innych liczyć, przeliczyć i doliczyć nawet. Taka bida z nas. W takich zależnościach wzrastamy. Takich zależności od ludzi doświadczamy – przykład z zaproszeniem ludzi na wesele. Stąd trudno nam przyjąć prawdę o bezinteresowności. A jeśli ją przyjmujemy, to często tylko teoretyczną. Tak – potwierdzamy – jestem z Panem, oddał wszystko dla mnie, krew przelewa. Ale w praktyce to się nijak ma do naszych postaw.

To czy żyje się Ewangelią, czy stosuje się miarę ewangeliczną, czyli bez–miarę, – bezmiar łaski – najbardziej chyba można poznać w sytuacjach, w których ktoś sprawia nam przykrość, czy ktoś nas przeklina, czy też ktoś nam nadepnie na odcisk, ktoś nie odpowie na nasze prośby, nie jest w stanie zrozumieć, wejść empatycznie w naszą okoliczność, po prostu zdepcze naszą wrażliwość. Jakwtedy reagujemy?

Jeśli reagujemy zamknięciem i w nim trwamy, jeśli stosujmy metodę oko za oko, ząb za ząb, jeśli stosujemy miarę: a to ja ci teraz pokażę, co ja odczułem. Tak teraz zrobię, żeby tobie tak się stało. Jeśli wyliczamy nasze reakcje, to jest to pogaństwo, a nie jest Ewangelia.

Jeśli w sytuacjach krytycznych nie reagujemy błogosławieństwem, to nie reagujemy ewangelicznie. Jeśli nie reagujemy ewangelicznie − to nie chodzi o to, żeby się potępiać, ale o to, żeby się przyznać, że bezinteresowność z miłości Pana nie wlała się w nasze serca. Po prostu przyznać się do tego przed Nim.

W tych momentach Pan obnaża nam te miejsca w nas, gdzie nie ma Ewangelii, gdzie jest istne czyste pogaństwo, gdzie mamy 30 srebrników. Mamy to pokazane – jeśli to odczytujemy w kluczu Ewangelii – po to, żeby to wyznać Mu, nie po to, żeby się pognębić czy żeby to zataić, żeby się chować przed tym, ale wyznać to Panu: Nie ma tu Ewangelii. Tu się sprawdza Ewangelia czy otworzyłem się na miłość Pana. Jeśli się nie otworzyłeś, to powiedz Mu to. Może ci serce pęknie. A może niestety – bo takie ryzyko też istnieje - weźmiesz sznur i się powiesisz.

Czemu Pan dopuszcza takie sytuacje? Czemu podejmuje takie ryzyko? Czemu mówi tak twardo? Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził. Czy On Go potępia? On nie przyszedł na świat, żeby potępić. A jeżeli nie przyszedł, to przecież go nie potępia. Czemu tak ostro stawia czasem sprawę? Czemu tak tnie?

Odpowiedź na miłość może być tylko odpowiedzią wypływającą z doświadczenia swojej nie–miłości, swojej nędzy, która zamuliła nam, zasłoniła głód miłości. My chcemy tej miłości i nie umiemy w nią uwierzyć. Nie umiemy. Zrobimy krok. Wydaje się nam, że już otwarliśmy się na bezinteresowność Pana. Bach, znów nas ktoś zirytował, przeklęliśmy go, osądziliśmy w sercu. Na zewnątrz rączki złożone, uśmiech sztywny jak zawsze, a w sercu przeklinam, szczególnie tych, którzy mnie zranili, siebie przeklinam, swoje życie, bo nie mam odwagi powiedzieć wprost, a może już mam odwagę powiedzieć.

Czemu Pan dopuszcza takie sytuacje? Czemu aż tak ryzykuje? Może mamy różne odpowiedzi. Mnie nasuwa się jedna, wypływająca z osobistego doświadczenia. Czemu Pan Bóg dopuszcza pewne słabości, grzechy? Staje przed tobą, przede mną, i mówi: Ja nie jestem tyranem. Naprawdę możesz to zrobić. Możesz i tak upaść, i tak zgrzeszyć. Ja nie jestem kimś, kto chce wymusić na tobie miłość. Możesz się złajdaczyć całkowicie.

Często jest tak, że ci z nas, którzy tak obwarowali nasze serca przekonaniem, że właściwie to są dość porządni, takie drobne grzeszki, a co tam, łamani są przez Boga upadkami, których nigdy po sobie by się nie spodziewali. Są łamani przez Boga. Żeby ten mur rozbić, to trzeba uderzyć. Lepiej by było gdybyś się nie narodził. Straszne. Wypowiedziane bez potępienia. A decyzja jest ciągle w nas.

Judasza najlepiej jest zostawić Panu Jezusowi z osądami. Nasze domysły, ścieżki, próby usprawiedliwienia, potępienia psu na budę. Przesłanie ewangeliczne nie stawia nam oporów czy zakazów, żebyśmy sobie tak rozważali co jest z Judaszem. Nie. To przesłanie ewangeliczne jest skierowane bezpośrednio do mojego życia, do moich obecnych przeżyć, kalkulacji, które mam.

Może i nade mną w różnych doświadczeniach Pan wypowiada właśnie: Biada ci. Lepiej byłoby, gdybyś się nie narodził. I mówi to z miłości, żeby mną wstrząsnąć. Nie po to, żeby odebrać mi chęć do życia.

Te nasze 30 srebrników... . Te nasze obliczenia... . Tyle, ile kosztowałby obiad, tyle masz dać w prezencie. Bo tyle lat ci służę. Tyle się modlę. Przecież to jest oczywiste. Ale mnie nie dałeś. − Nie, nie, nie. Nie pozwoliłem ci. Może masz upaść. Może masz zgrzeszyć. Może masz być na krawędzi, żeby cię tam dopiero dopadła miłość Pana? Żeby cię powaliła bezinteresowność. Niech cię powali. Nie będziesz się spieszył z osądami. A jak cię nie powaliła, to jeszcze się będziesz spieszył, sprytnie oceniał, zazdrościł, inwestował w to.

Ostatnia myśl: A kiedy dopadnie miłość Pana, to znaczy, że już się nie potępia, nie osądza? To znaczy, że już się nie grzeszy? Czy rzeczywiście słowa Jezusa skierowano do kobiety, którą chcieli ukamienować: idź i nie grzesz więcej, oznaczają, że już ma nie grzeszyć więcej?

Czy rzeczywiście Jan Chrzciciel mówiąc: Oto Baranek Boży, który gładzi grzech – tam jest grzech − świata, mówi tylko o jakimś jednym grzechu?

Ojciec Wojciech Ziółek, u którego udało mi się skorzystać z posługi pojednania i porozmawiać z nim, mówił – i tym zakończę w kontekście tych pytań – że mieli u siebie takiego starszego zakonnika, który znał kilka języków, przejadł zęby i stracił je na Biblii. Na swoim komputerze miał naklejoną taką karteczkę: Największym grzechem jest wierzyć w to, że jest taki grzech, którego Bóg by nie odpuścił.