Menu
Do góry
Wspólnota Dobrego Słowa i Eucharystii

 

 

Małe ziarenko

Ileż razu zdarzało nam się przyjść na Mszę świętą i „przespać” ją od początku do końca... Jakieś znaki, słowa, pieśni, a w głowie tylko: co na obiad, jak załatwić sprawę w urzędzie, jak się pogodzić albo jak komuś dowalić. Tysiące spraw, które jak raz są dla nas istotniejsze od tego, co się właśnie dzieje na ołtarzu.

            Ale spokojnie. Nie jesteśmy nienormalni. Postawmy się w sytuacji uczniów na Ostatniej Wieczerzy. Trzy lata chodzenia za Jezusem, słuchania Jego słów, patrzenia na cuda i – nic.

            Jezus mówi: Wiecie, gdzie idę. – Uczniowie: Nie wiemy. – Widzicie Ojca. – Nie widzimy. I to nie są słowa przedszkolaków, tylko apostołów! Jeśli więc tak się zachowują ludzie, którzy na własne oczy widzieli znaki i cuda, to czego można oczekiwać od nas?

            To ich Jezus dziś wzywa, żeby się nie bali. To co dopiero nas!

            Oni dostali wszystko, co najlepsze. I potem zwiali. A na Ostatniej Wieczerzy ciągle nic nie rozumieli – może także po to, żebyśmy my nie gorszyli się naszymi postawami.

            Pokutuje w naszej świadomości obraz człowieka wierzącego, który unosi się metr nad ziemią, bo noszą go aniołowie, a on tylko ręce do modlitwy złoży i od razu widzi niebo i wszystkich świętych.

            Tymczasem wiara to zadanie. Każdy z nas otrzymał na własność małe ziarenko, które ma wzrastać. Może nas to za bardzo nie obchodzi, bo tyle mamy spraw na głowie, ale Bóg zrobi wszystko, żeby z tego malutkiego początku wyrosło coś nie tylko przyzwoitego, ale bohaterskiego, dla którego śmierć męczeńska nie jest żadnym problemem.

            Wiara jednak – tak jak roślinka – potrzebuje trzech rzeczy. Po pierwsze słońca – czyli otwarcia się na słowo Boże, ciągłego szukania relacji z żywym Jezusem, przeżywania wszystkiego, co się dzieje, jako daru – i szansy na zbliżanie się do Niego.

            Po drugie potrzebuje deszczu, a nawet nawałnicy. Wiara nie rośnie w cudowny sposób, pod folią czy w cieplarni, ale wśród przeciwności i ciągłego wystawiania na próbę. Wiara – jak siła – rośnie od wysiłku. I tak, jak trener dorzuca ciężarów na sztangę dla zawodnika, tak samo nas będą spotykały coraz większe trudności – w których albo zaufamy i zwyciężymy, albo stwierdzimy, że to nie dla nas.

            Po trzecie roślinka wiary musi mieć korzonek. Wiara to konkret. To trzymanie się ziemi i naszego prawdziwego miejsca w życiu. Nie narzekanie na męża czy dzieci, nie uciekanie w pseudopobożne praktyki, ale uznanie każdej relacji za zadanie, a nie przeszkodę.

            Jeśli będziemy wzrastali w wierze, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych.

            Sami z siebie możemy bardzo niewiele. Ale jeśli jest z nami Bóg, możemy wszystko – bo On jest wszechmogący.

 

 

 

 

>