Menu
Do góry
Wspólnota Dobrego Słowa i Eucharystii

Teraz jest czas

Świetnie wychodzi nam udawanie ludzi bezgrzesznych.

            Przychodząc na Mszę w niedzielę – ubrani w świąteczne stroje, dostojni i poważni – udajemy, że to wszystko, co się dzieje, nas jakby nie dotyczy, bo jesteśmy lepsi, już się poprawiliśmy i wcale nie potrzebujemy ani nawrócenia, ani żadnej zmiany.

            To jest coś strasznego, że potrafimy stać, słuchać i nie mamy żadnej świadomości, co takiego ważnego dokonuje się na ołtarzu. Możemy się zaziewać i zaplanować już cały tydzień. Wystarczy tylko dwa razy klęknąć, raz się ukłonić, wyrecytować wierszyk... i – zaliczone. Już można iść do domu.

 

 

Teraz jest czas

Świetnie wychodzi nam udawanie ludzi bezgrzesznych.

            Przychodząc na Mszę w niedzielę – ubrani w świąteczne stroje, dostojni i poważni – udajemy, że to wszystko, co się dzieje, nas jakby nie dotyczy, bo jesteśmy lepsi, już się poprawiliśmy i wcale nie potrzebujemy ani nawrócenia, ani żadnej zmiany.

            To jest coś strasznego, że potrafimy stać, słuchać i nie mamy żadnej świadomości, co takiego ważnego dokonuje się na ołtarzu. Możemy się zaziewać i zaplanować już cały tydzień. Wystarczy tylko dwa razy klęknąć, raz się ukłonić, wyrecytować wierszyk... i – zaliczone. Już można iść do domu.

            I Bogu dzięki w którymś momencie się na chwilę budzimy – że tuż obok mnie Bóg na nowo stwarza świat. Że to nie jest przedstawienie, tylko rzeczywistość. Bóg przychodzi i zaprasza na nowo, stwarza na nowo... A ja ziewam...

            Słuchamy słów Pisma, wypowiadamy modlitwy, tylko dlaczego nie czekamy na spotkanie? Czemu ciągle Eucharystia jest bardziej spektaklem niż wejściem w żywą relację?

            Z nudów. Z przesytu. Z przyzwyczajenia. Z lenistwa. I z tego, że już tyle razy próbowałem i nic...

            Wszyscy wiemy, jak się zdobywa szczyty w Himalajach. – Tygodniami. W mrozie i wietrze, z wielkim plecakiem, krok za krokiem, tylko po to, żeby wejść na osiem tysięcy metrów. A wejdzie tylko ten, kto zna cel. Kto wie, gdzie idzie i jak tam dotrzeć.

            Dopóki na naszym szczycie wiary nie będziemy szukali Boga, dopóki nie poznamy smaku tęsknoty za Nim, dopóki nasze życie nie będzie zachwytem nad tajemnicą Boga, dopóty Msza ciągle będzie bardziej szopką niż misterium.

            Co można z tym zrobić? Możne płakać. Można się drzeć wniebogłosy, można nie jeść i nie pić, rzucić wszystkie przywiązania, tylko nie można – udawać, że wszystko jest w porządku. Bo dokąd moje serce nie wyrywa się w momencie Przeistoczenia, to ciągle nic nie rozumiem.

            Ile bym dał za nowe serce? Takie, które widzi, rozumie i czuje? – Wszystko. Bo cóż jest ważniejsze od tego, żeby w końcu zacząć żyć? Właśnie teraz jest czas, by pozwolić Bogu działać. Po prostu Mu nie przeszkadzać. On sam wie, co trzeba zrobić. Wie, gdzie jestem chory i ślepy. My sami z siebie nie zasługujemy na żadną łaskę, nawet na miłosierdzie. Na to się nie da zasłużyć, a co dopiero na stworzenie na nowo.

            Jezus chce nas stworzyć na swój obraz, abyśmy potrafili pokonać każdą pokusę, jak On. I to nie jest nasza zasługa, ale łaska. A to się może dokonać tylko w życiu tego człowieka, który uznaje swoją słabość. Widzi, że nic nie jest w stanie zrobić sam. Może tylko błagać o miłosierdzie: Zmiłuj się nade mną, Boże, w łaskawości swojej, w ogromie swej litości zgładź moją nieprawość.   

I od tego właśnie jest Wielki Post.

           

>