Menu
Do góry
Wspólnota Dobrego Słowa i Eucharystii

Światłoczule

Kojarzymy dobrze taką sytuację, kiedy nagle wieczorem wyłączają prąd.            Każdy nagle zamiera, brak gwałtownych ruchów, po ciemku szukamy świeczki i zapałek albo jakiejkolwiek latarki. A jeśli nie ma świeczki i latarki? – Po omacku omijamy sprzęty. Na czuja trafiamy do łóżka, żeby przeczekać ciemności i dotrwać do rana, kiedy znów zaświeci słońce...

A gdyby tak nie było dnia? Gdyby zapanowały dookoła totalne ciemności i nic nie byłoby widać – ani gdzie kran, ani gdzie stoi szklanka, ani czy tu, gdzie siadam, nic nie leży? Ile tak można wytrzymać? Długo. Można się przyzwyczaić – jak do wszystkiego. Zwłaszcza gdyby było „sprawiedliwie” – nikt w całej okolicy nie miałby światła, nikt by nic nie widział i trzeba by tak żyć.

 

Światłoczule

Kojarzymy dobrze taką sytuację, kiedy nagle wieczorem wyłączają prąd.            Każdy nagle zamiera, brak gwałtownych ruchów, po ciemku szukamy świeczki i zapałek albo jakiejkolwiek latarki. A jeśli nie ma świeczki i latarki? – Po omacku omijamy sprzęty. Na czuja trafiamy do łóżka, żeby przeczekać ciemności i dotrwać do rana, kiedy znów zaświeci słońce...

A gdyby tak nie było dnia? Gdyby zapanowały dookoła totalne ciemności i nic nie byłoby widać – ani gdzie kran, ani gdzie stoi szklanka, ani czy tu, gdzie siadam, nic nie leży? Ile tak można wytrzymać? Długo. Można się przyzwyczaić – jak do wszystkiego. Zwłaszcza gdyby było „sprawiedliwie” – nikt w całej okolicy nie miałby światła, nikt by nic nie widział i trzeba by tak żyć.

            I nagle ktoś wcisnąłby kontakt i okazałoby się, że wszystko widać! Że znów jest widno – i w końcu widać drogę, można chodzić bez potykania się i bez obawy, że wpadniemy na kogoś albo w jakąś dziurę.

Można pomyśleć, że ta banalna historyjka nas nie dotyczy, bo mamy pod dostatkiem zdobyczy cywilizacji. Ale tak właśnie działa Boże Słowo – które jest światłem na drodze człowieka. Dopiero gdy znamy Boże Słowo, wiemy, co jest dobre, a co złe, widzimy sens i dostrzegamy głupotę. Wtedy jest tak, jakby ktoś zapalił światło w naszej głowie. Na cały świat zaczynamy patrzeć inaczej.

            Bóg jest jak światło. I tam, gdzie Go nie wpuszczamy, robi się ciemno.

            A nie wpuszczamy światła do naszych pożądań, słabości, do zranień z przeszłości, do tego, czego się wstydzimy albo wprost brzydzimy.

            Łatwo nam zaprosić Jezusa do odświętnego stołu w wysprzątanym pokoju, jak się wygarnie brudy, odmaluje ściany i jeszcze przewietrzy, żeby nie było czuć zgnilizny. A chodzi o coś innego. Zaprośmy Jezusa nie do posprzątanego mieszkania, ale do – sprzątania. Nie do czystego pokoju, ale do tego całego syfu, z którym męczymy się całe lata i nie znajdujemy sposobu, żeby go wymieść.

            Jezus nie jest od potępiania, tylko od uzdrawiania. Do Niego się idzie z chorobami, udręką i najbardziej śmierdzącym grzechem. Dokładnie tak, jak w dzisiejszych czytaniach. Wtedy Jezus przychodzi, zapala światło, rozgląda się, zakasuje rękawy i bierze się do roboty. Bierze się za nasze wnętrza.

            Ile razy mamy obraz Boga, który wymaga elegancko odmalowanej fasady, który potępia, który żąda, żeby się go bać i straszy piekłem... to bujda. Bóg, jakiego poznajemy w Ewangelii, żebrze o nasze serca, sam zgadza się na śmierć, żeby nam oszczędzić śmierci wiecznej. I bać się Boga, to jak bać się żyć. Żyć pełniej, głębiej, bardziej świadomie.

            Jeśli kroczymy w świetle Jego słowa, widzimy coraz wyraźniej wartość naszego powołania. Poznajemy coraz lepiej Jego świętość i naszą małość. A wtedy Bóg wzywa nas do odwagi. Damy radę, bo On naprawdę może i chce stworzyć nas na nowo. W końcu taki jest plan co do każdego z nas.

           

           

 

>