Drukuj
Kategoria: Dobre Słowo

Ktoś zauważył, że dzisiaj osiągnęliśmy już taki stan, że jeśli ktoś nam da osobno składniki, które trzeba połączyć, pomyśleć nad czymś, to mamy problem: Dajcie gotowca. To ma być tak, a tamto tak. Nie myśleć, a już w wierze to w ogóle. Odklepać formułki, odstać, odsiedzieć. Broń Boże nie myśleć. To strasznie niebezpieczne, bo nagle można odkryć, że Bóg rzeczywiście tu jest. A to zobowiązuje do otwarcia serca przed Nim. Jakiego serca?

 

Dobre Słowo 16.06.2013 r. – XI niedziela zwykła

2 Sm 12,1.7-10.13; Ps 32,1-2.5.7.11; Ga 2,16.19-21; 1 J 4,10b; Łk 7,36-8,3

Ważenie lekce

Ciekawe, czy mamy w sobie na tyle otwartości, żeby usłyszeć słowo, które kieruje do nas dziś Jezus? Czy mamy na tyle otwartości, żeby je przyjąć i pozwolić ucieszyć się, że to słowo przynosi nową siłę, oczyszczając nas z tego, co bezsilne? – Duchu Święty, Ty wiesz, jaka jest odpowiedź na te pytania. Zechciej w swoim miłosierdziu − objawianym od Ojca i Syna – podotykać naszych serc i pomóc nam odkryć, że nawet kiedy lekceważymy Tego, który jest najważniejszy w naszym życiu – to znaczy Jezusa – On ciągle jest obecny.

Kiedy czytałem dzisiejszą Ewangelię, doszło do mnie, że niewykluczone, że Szymon – jeden z faryzeuszy – mógł zaprosić Jezusa, ponieważ Jezus był modny, był na topie. Niekoniecznie widział w Nim kogoś więcej, niż zwykłego nauczyciela. Skąd taka intuicja? – Jezus w pewnym momencie rozmowy mówi mu: Właściwie nie spełniłeś żadnego z podstawowych zachowań gospodarza. Nie podałeś mi wody do nóg, nie pozdrowiłeś mnie, nie złożyłeś pocałunku, nie namaściłeś mi głowy oliwą. Te zwyczaje obowiązują gospodarza zapraszającego kogoś do domu. To tak, jakby ktoś zaprosił nas na obiad, a po naszym przyjściu go nie podał.

Niewykluczone, że w Szymonie mogła zwyciężyć taka myśl: Wszyscy mówią o tym Jezusie. Może bym go zaprosił na posiłek? Niech sobie przyjdzie. – A może tego Pana Boga to w ogóle nie ma? Ale niektórzy mówią o Nim, więc chodzi się do kościoła. Chodzi się po galerii, więc do kościoła też można zajrzeć. Czemu nie?

To jest pierwsza z trzech myśli z dzisiejszego słowa. Druga koresponduje z pierwszą: za postawą Szymona kryje się postawa, która dziś pojawia się często w czytaniach, a mianowicie lekceważenie Tego, Kto jest najważniejszy, i tego, co jest najważniejsze. Nie chodzi nawet o ślepotę, tylko po prostu lekceważenie – ważenie lekko, zbyt lekko.

A gdzie ta postawa się jeszcze dzisiaj pojawia? – W pierwszym czytaniu odkrywamy wstrząsającą prawdę, że człowiek autorytet, pupilek Pana Boga, Dawid, król – nawet o Jezusie będą mówili jako o Synu Dawida – nie swoimi dłońmi, bo ma ludzi od tego, zabija męża kobiety, która go skusiła, kiedy podglądał ją w czasie kąpieli. Sprowadził ją do siebie, współżył z nią, a następnie zamordował przebiegle jej męża. Pożądliwość zatem, cudzołóstwo i morderstwo dotyczą Dawida, czyli nie kogoś mało znanego, ale człowieka o wielkim autorytecie.

W pierwszym czytaniu słyszymy pytanie: Czemu zlekceważyłeś słowo Pana? Nawet nie: Czemu odrzuciłeś słowo Pana, czemu nie wziąłeś go pod uwagę, nie odkryłeś w nim mocy? „Dawidzie”, mówi Pan, „namaściłem cię na króla, uwolniłem cię z mocy twojego największego wroga – Sauladałem ci dom twojego pana, żony twego pana na twoje łono, oddałem ci dom Izraela i Judy, a gdyby i tego było mało, dodałbym ci jeszcze więcej. Słuchaj, dostałeś wszystko, co potrzebne, żeby żyć. Czemu zlekceważyłeś słowo Pana?” Krótko mówiąc: Czemu wcisnąłeś to słowo między inne rzeczy, a nie sprawiłeś, że ono się wyróżnia, jest święte? Inaczej: Czemu na przykład modlitwę wcisnąłeś między czytanie gazety, mycie talerza, a nie uczyniłeś z niej wyjątkowego momentu? Zlekceważyłeś sobie! To jest ta sama waga!

Nieraz przed świętami Bożego Narodzenia czy Wielkanocy można odnieść wrażenie, że niektórzy w pośpiechu chcą zaliczyć spowiedź. Kiedy posługiwałem w katedrze, pewna pani przyszła wręcz z bazarów z zakupioną gęsią, której szyja wystawała z reklamówki. Niech Pan Bóg błogosławi tej kobiecie, ale istnieje niebezpieczeństwo postawy typu: Załatwię sobie dzisiaj bazary, lekarza, kupię proszek do prania, wyspowiadam się, zrobię to, tamto... Spowiedź staje się jedną z wielu czynności. Czy to jest jakaś wyjątkowa czynność? Czy na to potrzeba poświęcić trochę więcej czasu? Nie, to jedna z wielu czynności.

Czemu zlekceważyłeś, czyli czemu wcisnąłeś między inne sprawy, a nie uczyniłeś wyjątkowym? A czemu o to pyta Pan Bóg? – Jeżeli mówimy, że Pan Bóg nas uzdalnia do życia, to na uzdolnienie do życia, na nabranie siły, potrzebny jest czas i pewien klimat. Dlatego sprawowanie Eucharystii różni się od oglądania kabaretonu w Opolu, od programów publicystycznych, bo tutaj czas biegnie troszkę wolniej. To jest trudniejsze. Łatwiej włączyć telewizor, żywić się papką.

Ktoś zauważył, że dzisiaj osiągnęliśmy już taki stan, że jeśli ktoś nam da osobno składniki, które trzeba połączyć, pomyśleć nad czymś, to mamy problem: Dajcie gotowca. To ma być tak, a tamto tak. Nie myśleć, a już w wierze to w ogóle. Odklepać formułki, odstać, odsiedzieć. Broń Boże nie myśleć. To strasznie niebezpieczne, bo nagle można odkryć, że Bóg rzeczywiście tu jest. A to zobowiązuje do otwarcia serca przed Nim. Jakiego serca? – Takiego, jakie się ma. A jakie mamy serca? – Słabe i grzeszne, pełne podstępu, lekceważenia i pragnące pokonywać te słabości. Ale o własnych siłach jest to niemożliwe.

Drugi raz mówi Pan: Mnie zlekceważyłeś. Jeżeli dzisiaj zatrzymujemy się nad trzema myślami, to zostajemy niejako zaproszeni, aby się zapytać: Czy Pan Bóg to jest Ktoś wyjątkowy w naszym życiu? Czy rzeczywiście traktujemy Go nie jak sąsiadkę, do której można wpaść, naopowiadać jej różnych historii. Jak powie, że się ze mną zgadza, to dobrze, a jak powie, że się nie zgadza, to gorzej dla niej. Więcej jej nie odwiedzę. – To nie jest ktoś taki. To Ktoś rzeczywiście mi bliski, ale równocześnie święty. Spotkania z Nim zobowiązują.

Św. Paweł mówi: Nie mogę odrzucić łaski danej przez Boga. Nie mogę Go zlekceważyć. Dlaczego? – Bo jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie. Wydał za mnie. Skoro nie mogę Go zlekceważyć, to powstaje pytanie: Czy kobieta, która przychodzi z miasta, gdzie prowadzi życie grzeszne, stając z tyłu z alabastrowym flakonikiem olejku, płacząc, oblewając Jego nogi łzami i włosami je wycierając, całując Jego stopy, namaszczając olejkiem, nie lekceważy Go?

Nie wiem, jak byśmy zareagowali, gdyby ktoś z tłumu zachował się tak na przykład wobec księdza biskupa. Co by się w nas działo?

Kiedyś zrobiono u dominikanów w Poznaniu pewien eksperyment. Postanowiono zilustrować sytuację z Ewangelii opowiadającej o żebraku imieniem Łazarz, leżącego u bram pałacu bogacza, który dzień w dzień świetnie się bawił. Ubrano w cuchnące łachmany człowieka i postawiono na końcu kościoła. W odpowiedniej chwili miał on przyjść pod ołtarz. Ale pobożni katolicy go nie wpuścili: Gdzie tu? Idź się umyj, człowieku! Taki do kościoła przyszedł? Nie doszedł do ołtarza. Musieli zmodyfikować trochę tę scenę. Ksiądz wyszedł po niego. Ciekawe, jak my byśmy zareagowali. Myślę też o sobie.

To jest ważne pytanie, bo okazuje się, że Szymon zareagował: Gdyby on wiedział, co za jedna jest ta kobieta. Ona się go dotyka. Gdyby on był prorokiem… Jezus robi coś strasznie niewygodnego dla leniwych, a mianowicie zaprasza do myślenia: Szymonie, chciałbym ci coś powiedzieć. – Słucham, Panie. Jezus jest jedynym, który nie lekceważy nikogo w tej scenie. Nie lekceważy ani Szymona, ani kobiety. On wie, jaka jest miara. Próbuje zaprosić Szymona do myślenia i opowiada przypowieść o darowanych długach. Ciekawe czy Szymon coś załapał? Ale zostawmy Szymona. Ciekawe czy my coś z tego załapaliśmy? Bo łatwo jest mówić, ale trudniej żyć tym słowem. Łatwo wycierać sobie usta świętymi wyrazami, świętymi imionami, a trudniej dotknąć serca. Dlatego pytam: Czy my załapaliśmy coś z tego?

Odpuszczone są jej liczne grzechy, ponieważ bardzo umiłowała. A ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje. Komu się mało odpuszcza? – Temu, kto mało wyznaje. Szymon nie wyznał innych grzechów, poza grzechami kobiety. Sam w swoich oczach był sprawiedliwy. On potrzebuje nawrócenia?! To Jezusa trzeba nawrócić i tę kobietę! Ale nie jego.

Nie sądzę, aby ktokolwiek z nas był wolny od tej pokusy, którą ma Szymon. Jaka to pokusa? – To pokusa starszego brata z przypowieści. Co się we mnie budzi, gdy Pan Bóg stawia mi przed oczami, że ja potrzebuję nawrócenia – jak słyszy o tym Dawid: Ty jesteś grzesznikiem, Dawidzie, nie kto inny.

Co by było, gdyby się okazało, że ta osoba ze świata polityki, czy z naszego otoczenia, na której psy wieszamy, która nas denerwuje, o której mówimy: Ale jak można w ten sposób?! Jak ona może tak?!, jest osobą świętą, a to ja potrzebuję nawrócenia? Co byśmy wtedy zrobili? Co byś zrobił, gdyby okazało się, że ta osoba, do której ostatnio czujesz taką niechęć, na temat której masz jednoznaczne zdanie, że tak się nie robi, o której mówisz: To jest kretynka! Żmija!, jest świętsza niż ty? Co by się stało?

Może się okazać, że gdy ulegniemy tej pokusie, odpowiemy na pytanie: Co by się stało? – Tak?! To ja dziękuję za takiego Pana Boga! Tyle lat ci służę i nie popełniłem żadnego grzechu. Nie kradnę, nie obmawiam, słucham katolickiego radia. Tyle lat ci służę, a Ty z takimi się zadajesz?! I ona ma wejść pierwsza? Można ulec takiej pokusie. Ale nie trzeba jej ulegać.

Można razem z psalmistą po prostu stanąć przed Bogiem i powiedzieć: Daruj mi, Panie, winę mego grzechu. Jakiego grzechu? Jaki grzech, jakie przewiny Pan Bóg dziś chce nam darować? Niektórzy mówią: Mamy jakieś grzechy, ale żeby wszyscy mieli takie grzeszki jak ja, to by trzeba było zlikwidować konfesjonały i spowiedzi by nie trzeba było. Ktoś powiedział, że argument na to, że spowiedzi nie wymyśli księża, tylko Pan Bóg jest bardzo podstawowy. To jest niezmiernie trudne doświadczenie – spowiadać kogoś. Gdyby to wymyślili księża, to już dawno by nie było spowiedzi w Kościele. Zapewniam w stu procentach.

Odpuszczone są twoje grzechy. – Kim On jest, że grzechy odpuszcza? Może się okazać, że kiedy zostaniemy zapytani o to, gdzie zawiniliśmy, z czego mamy się dziś nawrócić, to staniemy i będziemy zbuntowani, obrażeni: Niech ksiądz skończy już to rozważanie! Już dosyć. Wystarczy. Może się okazać, że − jak zauważył jeden kaznodzieja protestancki – w dniu Sądu z zaciśniętymi zębami pójdziemy z pretensjami do Boga: Zawiodłem się na Tobie! To Ty też taki byłeś? A ja myślałem, że chociaż Ty mnie docenisz. – W czym cię docenię? W tym, że nie potrzebujesz Zbawiciela, że sam siebie zbawiłeś? Bo na postawie twoich wyobrażeń, przepisów? Św. Paweł mówi, że na podstawie wiary może zostać zbawionym. Wierzę, że potrzebuję zbawienia codziennie, w każdej chwili, w tej chwili.

Bardzo imponuje mi jeden kaznodzieja protestancki. Ma niesamowitą siłę przekazu i świadectwa o żywym Bogu. Kiedy go pytali: Jak ty to robisz, że takim świętym człowiekiem jesteś, powiedział: (http://www.youtube.com/watch?v=HktZkMQ0x1w)

 

Pozwólcie, że opowiem wam o moim Jezusie. Chcę wam o Nim opowiedzieć. Niech mi będzie wolno złożyć świadectwo o moim Panu.

22 lata temu obudziłem się półnagi, leżący w moim mieszkaniu – nieomal zapiłem się na śmierć. Zauważyłem, że jest mi zimno, odkryłem coś na mojej twarzy. „W czym to ja leżę?” Chwiejnie powstałem, podszedłem do lustra i zapaliłem światło. Ten bardzo wybitny i elokwentny kaznodzieja, zgubiony bez Jezusa, spał całą noc w kałuży własnych wymiocin.

Pozwólcie, że opowiem wam o moim Jezusie. On zbawił mnie, gdy byłem takim nędznikiem. Wtedy brzydziłbyś się podwieźć mnie swoim samochodem. Ale mój Jezus odkupił mnie swoją własną krwią. Mój Jezus przyszedł do mnie. Mój Jezus zabrał mój grzech. Mój Jezus zabrał mój wstyd.

„Niech wszyscy chwalą potęgę imienia Jezusa, niech wszyscy aniołowie upadną przed Nim w pokłonie. Niech dadzą Mu królewski diadem i ukoronują Panem wszystkim!”

Takim jest mój Jezus! I ja się chlubię moimi słabościami, chlubię się nawet moim grzechem.

Gdzie się podziały te gwiazdy? Czy zadaliście sobie kiedyś takie pytanie? Co się stało z gwiazdami dzisiejszego poranka? Czy ktoś schował je do kieszeni i gdzieś wyniósł? Gwiazdy cały czas tam były, ale było tak dużo światła, że nie można było ich dostrzec. Ale ja wyszedłem na zewnątrz, jakiś pastor mnie podrzucił. Byłem na skraju drogi, na dworze patrzyłem na te gwiazdy i tylko dlatego je widziałem, bo dookoła nich była ciemność.

Czasem młodzież mnie pyta: „Bracie Paul, w czym tkwi twój sekret? Co sprawia, że głosisz kazania w ten sposób? Co sprawia, bracie Paul, że w ten sposób przemawiasz? Co sprawia, że widzimy manifestację Bożej mocy? Jaki jest twój sekret, bracie Paul?”

On znalazł mnie w kałuży wymiocin. Oto mój sekret, że niewielu jest mądrych czy wysoko urodzonych, a ja jestem pierwszym spośród grzeszników. Byłem najgorszym z najgorszych. Oto mój sekret. Nie miałem nic! Oto mój sekret. A ty może zewnętrznie wyglądałeś znacznie lepiej ode mnie, ale zapewniam cię, że wewnątrz wcale nie byłeś ode mnie piękniejszy.

Mawiają mi: „Jak ty się możesz modlić w taki sposób, w taki sposób głosić? Co takiego nauczyłeś się w swoim osobistym czasie z Bogiem?” Nie, wy nie rozumiecie. On mnie zbawił. On mnie zbawił. Czy jakaś inspiracja szczególnego wersetu z Biblii to sprawiła? Ty nie rozumiesz, On mnie zbawił z tego, kim byłem.

Nie ma jakiegoś szczególnego klucza, z wyjątkiem tego, że byłem najgorszy w swym gatunku. A On jednak mnie zbawił. Czego więcej potrzeba, żeby mnie zmotywować? Czego więcej potrzeba? Czy zbawienie nie wystarczy? Czy to za mało?

Z czego dziś miałby mnie zbawić Bóg?

Ksiądz Leszek Starczewski