Drukuj
Kategoria: Dobre Słowo

 Dobre Słowo 02.04.2013 r. – wtorek w oktawie Wielkanocy

Dz 2,36-41; Ps 33,4-5.18-20.22; Ps 118,24; J 20,11-18

Byle nie zapłakać się na śmierć

            Duchu Święty, proszę Cię, dobieraj takie słowa Jezusa, które trafią do naszych przewrotnych serc, będą skłaniały je ku Jezusowi i leczyły z przewrotności.

            Maria Magdalena stoi przed grobem płacząc. Jest w pozycji osoby, która zdaje się zupełnie nie zauważać, że ma powody, aby szukać czegoś nowego.

Nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli siedzących, jednego przy głowie, a drugiego przy nogach, w miejscu, gdzie leżało ciało Jezusa. I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?” Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus.

Stoi jakby cała pochłonięta dotychczasowym wyobrażeniem o Jezusie, które zostało w traumatyczny sposób przygniecione i kamieniem grobowym, i całym dramatem urwania się czegoś, co mogło trwać, co dawało jej poczucie bezpieczeństwa.

Nie postrzega dwóch aniołów jako tych, którzy mogą jej coś wyjaśniać, mogą ją gdzieś naprowadzić. Ważne jest postawione pytanie: Czemu płaczesz? Czasem postawienie pytania ważniejsze jest od udzielenia odpowiedzi. Trafnie postawione pytanie potrafi nas otwierać.

To samo pytanie pojawia się w ustach Jezusa, którego Maria Magdalena nie rozpoznaje – nie wiedziała, że to Jezus. Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz? Po co tu przyszłaś? Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”.

Maria Magdalena nie rozpoznaje Jezusa. Z pewnością – jak to ktoś zauważył – świetnie odnalazłaby się przy martwym ciele, przy krzyżu – ten widok zapadł jej głęboko w sercu – ale przy nowości życia, z jaką zjawia się Jezus, nie potrafi sobie poradzić.

Jest to zachęta do dwóch rzeczy. Po pierwsze rzuca światło na sytuacje, w których w czymś jesteśmy pogrążeni, zapłakani. Zapłaczesz się na śmierć. Pogrążysz się w zdołowaniu i rozpamiętywaniu swoich pretensji, żalów, uprzedzeń tak głęboko, że nie zauważysz, że stają przed Toba jacyś aniołowie, którzy chcą ci pokazać coś nowego – w nowy sposób zinterpretować to, co w tej chwili jest pogrążeniem, zapłakaniem się na śmierć. Warto się o to pytać, może szczególnie w sytuacjach, kiedy zapłakanie zamknęło nas w jakiejś piwnicy, w lochach pretensji, żalów, beznadziei czy dotychczasowych wyobrażeń.

Druga kwestia to tendencja, o której wspominał ks. Marcin, cytując św. Augustyna w czasie homilii w Wigilię Paschalną, że szybsi jesteśmy w kojarzeniu Jezusa w Wielki Piątek, natomiast ogromną trudność sprawia nam otwarcie się na nowość Jezusa w zmartwychwstaniu.

To właśnie ta ogromna trudność jest powodem tego, że Maria Magdalena nie rozpoznaje w tej chwili nowości życia, jakie przynosi Jezus. Widzi w Nim ogrodnika. Wszystko widzę, tylko nie to, co najważniejsze – Tego, który jest najważniejszy. Wszystko punktuję, wszystko potrafię nazwać po imieniu z precyzją, ale nie potrafię nazwać tego, co najistotniejsze, najgłębsze w interpretacji mojego życia i obecnej sytuacji. Tak może być.

Co w związku z tym? – W związku z tym interwencja Jezusa jest niezbędna. Jezus staje przed Marią Magdaleną i zwraca się do niej po imieniu, zwraca się tak, że jest zszokowana, że jest to dla niej moment rozpoznania Nauczyciela. Jezus rzekł do niej: „Mario!” A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: Nauczycielu.

Rozpoznanie Jezusa służy naszemu dobru tylko wówczas, kiedy, po pierwsze, przyjmiemy Go do siebie, a po drugie – co jest związane z pierwszym – będziemy o Nim świadczyć innym. Nie zatrzymuj Mnie dla siebie. Przestań Mnie obejmować i przytulać tylko dla siebie. Nie wstąpiłem jeszcze do Ojca. Udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”. Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: „Widziałam Pana i to mi powiedział”.

Prośmy dobrego Pana, aby w momentach, kiedy zatrzymujemy się, wręcz rozbijając namiot czy logując się, jakby na stałe meldując się w naszych smutkach, żalach, i nie widzimy, jak interweniuje, jak przychodzi do nas – otworzył nam oczy, żebyśmy mieli cierpliwość do siebie, jako do tych, których Jezus chce wezwać bardzo osobiście, po imieniu.

Prośmy, aby nam dotknął serc tak, by nie były to dla nas próżne słowa, bajki przeznaczone dla grzecznych dzieci, ale nie dla nas, słowa, które spełniają się w życiu każdego człowieka, ale nie w moim, ale żeby one rzeczywiście dotarły tam, gdzie mają dziś dotrzeć, czyli do centrum wydarzeń dziejących się w tej chwili. Nie za chwilę, w tej chwili.

Ksiądz Leszek Starczewski