Drukuj
Kategoria: Dobre Słowo

 

Dobre Słowo 01.04.2013 r. – poniedziałek w oktawie Wielkanocy

Dz 2,14.22-32; Ps 16,1-2.5.7-11; Ps 118,24; Mt 28,8-15

                                               Słońce, które topi śnieg

            Duchu Święty, spraw, aby bardziej nas interesowało Zmartwychwstanie, niż pogoda na zewnątrz, aby to, co dzieje się w tych dniach w naszych domach – spotkania, rozmowy czy też milczenie i rządy różnych środków audiowizualnych – zostało pokonane przez działanie zmartwychwstałej miłości Jezusa.

            Słyszymy w dzisiejszej Ewangelii pozdrowienie skierowane przez Chrystusa do niewiast, które pospiesznie oddaliły się od grobu z bojaźnią i wielką radością i biegły oznajmić prawdę o zmartwychwstaniu Jego uczniom. Jezus powiedział: „Witajcie”. Przypomniało mi to pierwsze słowa, jakie wypowiedział po wyborze papież Franciszek, kiedy stanął na balkonie bazyliki św. Piotra: Dzień dobry. Takie szokujące, zwyczajne, a jednocześnie niezwykłe, niosące w sobie radość życia, obecności. Takie pozdrowienie zachęca do spotkania, do głoszenia, że Jezus zmartwychwstał, że jest życie, że warto dziś rozpocząć kolejny krok w stronę wieczności, czyli pełni zbawienia.

            Ciekawe jest, że na to wydarzenie z Ewangelii św. Mateusza spoglądamy dziś z punktu widzenia dwóch grup. Pierwsza grupa to wspomniane niewiasty. Jest w nich mnóstwo radości, jest także i bojaźń, a to, co je w tym momencie bardzo charakteryzuje, to pośpiech. Dwukrotnie mówi ewangelista Mateusz: pospiesznie oddaliły się od grobu i biegły oznajmić to Jego uczniom. One idą do uczniów. Idą do tych, którzy winni usłyszeć tę wiadomość. Wiarygodność niewiast w tamtych czasach nie była brana pod uwagę w różnych zeznaniach. Nie było szans, żeby można było oprzeć na ich relacji jakąś prawdę, czy spisać jakieś wydarzenie. Ta prowokacja, ten niestereotypowy sposób objawiania się Chrystusa, ciągle jest dla nas wyzwaniem i ciągle będzie wyzwaniem. Pan przychodzi z najmniej oczekiwanych stron. Najmniej „wiarygodny” jest Chrystus w sposobie komunikowania, przynoszenia nam prawd. Niewiasty biegną do uczniów z tą prawdą.

To jest pierwsza grupa. Kiedy Go szukały, czyniły to z miłością. W relacji Mateusza dowiedziały się od aniołów, że Jezusa ukrzyżowanego nie ma tutaj. Zmartwychwstał, jak powiedział. Pójdźcie i zobaczcie miejsce, gdzie Go położono. Potem idźcie szybko powiedzieć Jego uczniom: Powstał z martwych i podąża przed wami do Galilei. Tam Go zobaczycie. Kiedy to słyszą w czasie spotkania, wyruszają w drogę. Uruchomiła się w nich siła poszukiwań. Na tę siłę poszukiwań nie może nie odpowiedzieć Jezus. W proroctwie Jeremiasza jest taki fragment, kiedy Pan mówi przez Jeremiasza, że przyjdą dni, kiedy będziecie Mnie szukać z całego serca, ze wszystkich sił, i dam wam się znaleźć. To jest właśnie ten motyw, kiedy się Go szuka naprawdę, z wszystkich sił.

Wczoraj wspomniałem w homilii, że kiedy pojawi się na naszej drodze rottweiler, czy jakieś inne niebezpieczeństwo, to przynagla nas do uruchomienia takich możliwości, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Niejednokrotne takim rottweilerem jest strach, są nasze niepowodzenia, które z jednej strony mogą nas pogryźć i często gryzą, ale nierzadko są nam posyłane, żebyśmy uciekali od grobu, uciekali od nich w stronę Jezusa, szukali Go jeszcze bardziej intensywnie, naprawdę Go szukali, całą mocą.

            Druga grupa, o której dzisiaj w Ewangelii słyszymy, to niektórzy ze straży. Oni nie udają się do uczniów. Nie przychodzą do nich i nie mówią: Słuchajcie, mieliście rację, zdarzyło się coś wyjątkowego. Grób jest pusty. Szok. Oni udają się do arcykapłanów, by powiadomić ich o tym, co zaszło. Ci zebrali się ze starszymi, a po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy i rzekli: „Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali. A gdyby to doszło do uszu namiestnika, my z nim pomówimy i wybawimy was z kłopotu”. Arcykapłani i starsi nie mają bladego pojęcia, że nie tyle wybawiają z kłopotu, co wprowadzają w jeszcze większe tarapaty. Ich spojrzenie jest zgoła odmienne, od tego, które mają niewiasty. Jednym z tropów do odkrycia tego, czemu mają takie spojrzenie, może być to, że po prostu są zamknięci. Nie są otwarci na nowość. Nie chcą szukać. Gdybyście mówili, że jesteście ślepi, że nie widzicie – mówił Jezus w Ewangelii Jana do arcykapłanów, faryzeuszy – nie mielibyście grzechu, ale wy mówicie: widzimy, wiemy, jak to interpretować, wiemy, jak cię ocenić. Dlatego jesteście w grzechu, jesteście ślepi, pomrzecie w grzechach swoich – mówi Jezus. Jednocześnie mnożycie grzechy i wprowadzacie się w świat iluzji, schematów, bezdusznego prawa.

Jak wiele zależy od tego, ile w nas jest refleksji i jaka to refleksja, jak interpretujemy wydarzenia naszego życia. Niesamowicie ważne jest poszukiwanie, intensywność, miłość w tym poszukiwaniu, w spojrzeniu na to, co się dzieje, interpretowanie tego, że coś nas przestraszyło, że goni nas jakiś życiowy rottweiler, jako jeszcze silniejszego przynaglenia do tego, by być bliżej Jezusa. To jest istotne, podobnie jak interpretacja zdarzeń dziejących się w naszym życiu. Jeśli źle interpretujemy bądź źle zostaniemy zinterpretowani, obdarzeni nieodpowiednią radą, to spadają na nas straszne kłopoty. Żyjemy w iluzji, w jakimś zamknięciu.

Być może dziś przez to słowo Pan zachęca do reinterpretacji tego, co dzieje się w twoim życiu. Na pewno nie raz to robiłeś, ale być może Pan zachęca do ponownej interpretacji. Może twoja interpretacja życia wymaga większego pogłębienia, a może jesteś w tarapatach, większych kłopotach, mimo że miało kłopotów nie być. Może jakieś zniechęcenie, ludzkie opinie, przykre uwagi przekupiły cię i nie ma w tobie wolności w poszukiwaniu tej miłości, tej intensywności, tego pragnienia, szybkości w zbliżaniu się do Jezusa i szukaniu zmartwychwstałego. Dziś słowo nas zaprasza, żebyśmy się ponownie przyjrzeli tym interpretacjom.

            Na koniec dość znane opowiadanie. Nie sądziłem, że kiedyś do niego wrócę. Usłyszałem je chyba w szkole podstawowej i zapadło mi w pamięć. Może ono pomóc komuś zilustrować przesłanie, które chciałbym, żeby dotarło do nas z tych rozważań, czyli zaproszenie do ponownej interpretacji, do przyjrzenia się, jak interpretujemy wydarzenia w naszym życiu.

            Pewien człowiek złapał w sidła młodego orła. Przyniósł go do domu, umieścił w kurniku razem z kurami. Po kilku latach odwiedził tego człowieka przyjaciel, przyrodnik. Rozglądając się po podwórku, zaraz zauważył: To jest przecież orzeł. – Zgadza się – odparł gospodarz – ale ja wychowałem go na kurę, więc chociaż ma trzymetrowe skrzydła, nie jest już orłem, ale zwykłą kurą. Nie – zaprzeczył gość – on jest dalej orłem, gdyż bije w nim orle serce i ono każe mu wznosić się ponad ziemię. Nie – zaprzeczył pierwszy – on jest prawdziwą kurą i nigdy nie będzie fruwał jak orzeł. Po tej dyskusji postanowili przeprowadzić eksperyment. Przyrodnik złapał orła, podrzucił go w górę i powiedział: Ty jesteś orłem, ty należysz do niebios, a nie do ziemi. Napnij skrzydła i leć. Orła niewiele obchodziła ta przemowa, siedział na wyciągniętej pięści i tępo rozglądał się wokoło. Gdy zobaczył kury dziobiące ziarno, skoczył do nich. Gospodarz tryumfował. Gość nie dawał za wygraną, aczkolwiek za drugim razem podrzucony orzeł też powrócił na ziemię do ziarna. Na trzeci dzień, jeszcze przed świtem, przyrodnik zabrał orła i zaniósł go daleko od domostw, do stóp wysokiej góry. Akurat wschód słońca złocił szczyt, kiedy przyrodnik podniósł orła i powiedział uroczyście: Orle, ty jesteś orzeł, należysz do nieba, a nie do ziemi. Napnij skrzydła i leć. Orzeł rozejrzał się, zadrżał, jakby napełniło go nowe życie. Nie poderwał się jednak do lotu. Wtedy przyrodnik skierował oczy orła prosto w słońce. Nagle orzeł rozpostarł swe potężne skrzydła, załopotał i z przeraźliwym krzykiem wzniósł się w górę. Szybował wyżej i wyżej. Do kur nie wrócił już nigdy. Pozostał orłem, choć chciano zrobić z niego kurę.

            Czasem słowa przepowiadania są taką mową przyrodnika, który woła: Jesteś wielki! Fruwaj! Te próby pewnie są potrzebne, ale nie przyniosą tego efektu, który może przynieść spotkanie ze Zmartwychwstałym, spojrzenie w Słońce. Potrzebne jest głoszenie i doprowadzenie do Słońca. Nawiedzi nas z wysoka Wschodzące Słońce. Tym Słońcem jest Chrystus, zmartwychwstały Pan. To słońce potrafi stopić śnieg, choć na razie tego nie widać. Potrafi dotrzeć do naszego oblicza i rozpromienić je. W pochmurny dzień, kiedy nie ma słońca, kiepsko funkcjonujemy. Kiedy się pojawia słońce, wraca też chęć do życia.

            Panie, nasze Słońce wschodzące z wysoka, stapiaj w nas lody, śniegi różnych przyzwyczajeń, stereotypów, takich interpretacji życia i naszej wartości, które sprawiają, że jesteśmy jak kury – tylko dziobiemy ziarno, grzebiemy w ziemi, nie patrzymy w górę, nie szybujemy jak orły. Obudź w nas młodość orła.

Ksiądz Leszek Starczewski