Dobre Słowo od Was - III Ndz Zw

posted by: Basia i Romek Rabajczykowie
Poprawiono: 27 styczeń 2013

Przed bitwą

Wydaje mi się, że wchodząc do kościoła czy otwierając Pismo Święte, wchodzę do innego świata. Wszystkie obietnice się tu spełniają. Faktycznie – nie ma więźniów, niewidomych, bo już Jezus przyszedł, dokonał tego, co obiecał, już żyjemy w innym, stworzonym na nowo świecie...

            Tylko że dookoła wcale tego nie widać. Nie widać Jego działania, nie widać łaski, jakby nic się nie działo – albo jakby te słowa z synagogi w Nazarecie nie były prawdą.

            Wyobraźmy sobie, że nasi przywódcy, jak Nehemiasz, znaleźli Ewangelię. Zwołali lud, bo mają być głoszone słowa samego Boga. Przyszedłby ktoś? Albo gdyby nasz proboszcz dostał list z nieba skierowany do naszej parafii? Czy uwierzylibyśmy, czy może kościół byłby pusty w czasie odczytywania tego listu?

 

            Tyle razy kiwam głową, że ten fragment Ewangelii znam, że to już było i nic się nie stało.

            Tyle razy słuchałem i nic. Gdzie te cuda, uzdrowienia? Gdzie rozwiązanie moich problemów? Czy Jezus przychodząc na ziemię, nie przyniósł do nas nieba?

            No właśnie. Nie przyniósł. Przyniósł zaproszenie i mapę. Przyniósł wskazówki, jak tam trafić. Pokazał drogę, którą jest On sam, ale nie przemienił ziemi w niebo.

            Droga do nieba to proces. Wymaga czasu i wysiłku, a na początku postawienia sobie pytania: Idę tam? Bo przecież nigdzie nie ma zapisanego obowiązku, że trzeba iść do nieba. Mamy możliwość, otrzymaliśmy zaproszenie, głoszona jest Dobra Nowina – ale wcale nie muszę w to wierzyć. Jestem wolny. Mogę to olać albo wykpić. Albo posłać kobiety, bo silny facet sobie poradzi bez przewodnika i mapy.

            A pierwszymi słuchaczami słowa Bożego powinni być mężczyźni. Właśnie ci, który cenią siłę – tam ją znajdą. Ale znajdą nie wtedy, kiedy zasiądą do czytania i... rozdział za rozdziałem. Nie o to chodzi. Chodzi o spotkanie. Chodzi o intymność. Chodzi o taką świadomość, jaką daje sam Jezus, kiedy wzywamy Go, żeby przez swoje słowo działał i sam tłumaczył. Żeby Jego Duch był tym, który działa w nas, kiedy Mu pozwalamy, żeby nas przeczytał, umocnił, uzdolnił. Spotkanie ze słowem Boga nie jest uczuciową satysfakcją, że coś się dokonało, albo intelektualnym olśnieniem, że coś zrozumiałem. Jest wezwaniem. Jest odprawą przed główną bitwą. Jest powołaniem na front. Spotkaniem z Wodzem, który ma plan i strategię. Dlatego najważniejsze jest wsłuchiwanie się w wezwania.

            Jeśli ktoś myśli, że jest wierzącym, a nie czyta Pisma Świętego, nie żyje nim, nie spotyka się z Wodzem twarzą w twarz – jest dezerterem. Bo każde powołanie zaczyna się od słów, które trzeba usłyszeć i przyjąć. I tylko ktoś, kto jest dezerterem, może mówić, że życie jest bez sensu, wiara jest bez sensu.

            Jeśli ktoś odrzucił swoje powołanie, to faktycznie – stracił sens.

            A gdzie jest nasza radość? Jest w ufności, że Jezus poradzi sobie w swojej armii nawet z takim chuderlakiem, który często kombinuje, jak by tu nawiać. W końcu i tak wiadomo, że Jezus zwycięży. To jedno jest pewne.