O nudnej ciotce i imprezowym wujku

posted by: Basia i Romek Rabajczykowie
Poprawiono: 08 grudzień 2012

       Zapewne każdy z nas słyszał w kościele na Mszy małe dzieci, które konspiracyjnym szeptem pytały: To kiedy koniec? Idziemy już? I wcale nie ma się czemu dziwić. Nie tylko dzieci tak przeżywają liturgię. One wypowiadają wprost to, co czuje wielu z nas: Niech się to skończy i już sobie wreszcie pójdę. Obowiązek zaliczony. Trochę jak wizyta na imieninach ciotki, której się nie lubi – ale nie wypada nie przyjść, bo jakoś tak głupio i co ludzie powiedzą.

 

A co z niebem? Czy można tam iść tylko dlatego, że nie wypada inaczej? Czy da się krzywić twarz w uśmiechu, bo wypada być szczęśliwym i wdzięcznym za zbawienie, którego w ogóle, kompletnie, wcale nie doświadczamy?

Ale chyba nie to jest najgorsze. Najgorsze, że my tego nie widzimy. Nie widzimy bezsensu całej religii, która nie wynika z żywej i osobistej relacji z Tym, o którego w tym wszystkim chodzi. Z Jezusem. Bo jeśli zamiast do nudnej ciotki mamy iść do rozrywkowego wujka na zakrapianą imprezę z tańcami do bladego świtu – to każdy idzie z ochotą.

Podziwiamy piękno. Kochamy prawdę. Cenimy wolność. Znamy tyle idei, za które warto oddać życie. A Kościół naucza, że piękno ma imię. Że prawda to Bóg. Że wolność to nasze powołanie, najprawdziwsze ja, bo jesteśmy stworzeni do wolności, a nie do niewoli.

Przy dzisiejszych czytaniach mam mocno przed oczami obraz tłumu uchodźców wracających do swego kraju z pieśnią na ustach. Oto wydarzyło się to, o co nawet nie śmieli prosić. Oto spełniły się ich najprawdziwsze marzenia i nie stało się to siłą ich rąk ani przebiegłością. Nie. Stało się to tylko dlatego, że są ludem Pana. Pan sam upomniał się o swoją własność, sam prostuje ich ścieżki, osłania ich pachnącymi drzewami, wracają jakby niesieni na tronach, choć uciekli ze strachem ścigani przez wroga.

Trudno przebić się z uwagą przez ceremoniał Mszy – który przecież ma wskazywać na prawdę, piękno i wolność. Trudno nie westchnąć przy Ojcze nasz i uświadomić sobie, że to nie wierszyk, bo zabrakło świadomości, do kogo mówię. Trudno. Może trzeba z płaczem przychodzić co tydzień i wzdychać, że wierzę – choć nie przeżywam mojego zbawienia. Chodzę po omacku, ale pełen oczekiwania, gotowości i nadziei, że Pan przyjdzie też do mnie, jak obiecał. Wyrówna moje dołki i górki. Odmieni mój los, jak strumienie na Południu.

Nie jest źle, dopóki nie widząc, chodząc w smutku, ciągle jednak jesteśmy obecni. Tak trudno nam się skupić, ale poświęcamy swój czas, jak ludzie idący siać – z małą jak ziarnko gorczycy wiarą, że warto. Że Bóg sam wyprowadzi z tego dobro i w końcu zamieni w śmiech nasze żałosne westchnienia.

Bo przecież jesteśmy Jego ludem, a ta impreza do bladego świtu czeka właśnie na nas.