Dobre Słowo 15.10.2014 r. – środa, XXVIII tydzień zwykły

posted by: Ksiądz Leszek Starczewski
Poprawiono: 16 październik 2014

 

 

 

Dobre Słowo 15.10.2014 r. – środa, XXVIII tydzień zwykły

Ga 5,18-25; Ps 1,1-4.6; J 10,27; Łk 11,42-46

 

W ogóle, to po co służyć?

 

Duchu Święty, pomóż nam, by wyrazić zgodę na to, by zajął się nami Ten, który jest Mistrzem i wie, jak do nas trafić. Pozwól nam wsłuchać się w słowo Jezusa.

Niewątpliwie Jezus marzył o tym, aby Jego wyznawcy mieli na twarzy uśmiech, który wypływa z serca pełnego pokoju. Wbrew stereotypowym obrazom, jakie często trafiają do nas o Jezusie, to musiał być Ktoś naprawdę pełen pokoju i radości. Miał też z pewnością duże poczucie humoru i dystans, co nieraz był łaskaw objawić, szczególnie, kiedy stawał wobec tych, którzy otrzymali mandat zaufania od Boga i mieli uczyć innych, czyli faryzeuszy i uczonych w Prawie.

Były takie momenty, jak ten, o którym wspomina św. Łukasz w innym miejscu, kiedy Jezus rozradowany w Duchu Świętym dziękował Ojcu, że objawił prawdę o orędziu pokoju i miłości ludziom, którzy nie chcą komplikować życia, którzy chcą, aby tak było tak, a nie nie, którzy są prości. A zakrył tę prawdę - i tu duże prawdopodobieństwo, że śmiał się, widząc bucowatość i spinanie się faryzeuszy – przed mądralami.

Kiedy Jezus patrzył na to, co uczeni w Prawie i faryzeusze – a dodajmy, że u św. Łukasza często pojawia się niektórzy z uczonych w Prawie i faryzeuszy – wyprawiali, kiedy zabierali się do wykładania Prawa, to Jego serce musiało być mocno ściśnięte, bo jak zauważają Ewangeliści, mówił: Żal mi tego ludu. Jak tak można?! Na jakiej podstawie przedstawiacie taki obraz Boga?

Co musiało się stać i dziać w Jego sercu – sercu, które było tak zjednoczone z Ojcem, z miłością, dobrocią Ojca, kiedy przypatrywał się tym, którzy robili wiele, aby nie odkryć takiego obrazu Ojca, którzy w ostatecznym rozrachunku, kiedy Jezus powiedział: Jestem Synem Bożym. Ja wiem o Nim najwięcej, skazali Go za bluźnierstwo? Co musiało się dziać w Jego sercu?

Jezus, który wcześniej rozradowany w Duchu Świętym śmieje się z bucowatości, doskonale zdaje sobie sprawę, że przyszedł nie tylko do tych, których skrzywdzili uczeni w Piśmie i faryzeusze, ale także do uczonych w Piśmie i faryzeuszy. On im też chce pomóc.

Kiedy wierni Prawu przyprowadzają złapaną dopiero na cudzołóstwie kobietę, zapominają o tym, że cudzołóstwa nie robi się samemu. Nie przyprowadzają mężczyzny. Są postawieni przez Jezusa przed pytaniem, które świadczy o tym, że o nich też walczy.

W dzisiejszym fragmencie Ewangelii Jezus wypowiada: biada, które – trzeba to podkreślić z całą mocą – nie jest biadoleniem. To dopiero mistrzostwo świata. Być przełożonym, być nauczycielem, który potrafi, widząc jakieś nadużycia, niedociągnięcia, u swoich podwładnych, osób, za które jest odpowiedzialny, nie biadolić, ale wyrazić ból, żal, to biada, które nie jest odegrane, ale wypływa z autentycznej troski o tych, do których się zwraca.

Jezus w dzisiejszym fragmencie Ewangelii wyraża to biada, ten żal posunięty do granic możliwości, jako przejaw pokornej służby wobec ludzi, bo On nie przyszedł po to, żeby Mu służono, lecz żeby służyć i to tak służyć, żeby życie rozdawać. Bo tylko wtedy się je smakuje, kiedy się je rozdaje.

Kiedy zwraca się do faryzeuszy, potrafi zrobić coś, co często w przypływie nerwów spowodowanych tym, że ktoś nas wprowadził w stan rozdrażnienia, nam wymyka się ze spektrum. On potrafi zauważyć też dobro u faryzeuszy, bo mówi im: dajecie dziesięcinę z mięty i ruty, lubicie pierwsze miejsce w synagogach. To należało czynić, ale nie opuszczać tego drugiego. A pomijacie sprawiedliwość i miłość Bożą. Chyba nie ma mocniejszego zwrócenia uwagi, niż zarzucić komuś, że pominął miłość Bożą, że bardzo dużo robi, nawet się poświęca, ale pominął miłość – miłość Bożą.

Jezus robi to z wielką troską, bo tak naprawdę On chciał przez tych faryzeuszy służyć. To może być podpowiedź na pytanie: Po co służyć? − Może być podpowiedzią czy tropem do tego, żeby przenieść to także na swoje relacje z Bogiem, z innymi ludźmi, ze sobą.

Jezus chce służyć. Nie są to górnolotne słowa. To jest słowo, które stało się ciałem tak praktycznym, że można je łamać, przyjmować do swojego serca. Jezus chce służyć, a tym, co napędza zaangażowanie w posługę, w pracę, nie może być co innego niż miłość i to miłość Boga.

To Jezus chce służyć i to Jezus, kiedy mówi: Żal mi tego ludu, jest Tym, który także dodaje: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, bo wkładają na was ciężary nie do uniesienia. Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, Ja was pokrzepię, Ja wam posłużę.

Pierwszy z trzech tropów w odpowiedzi na pytanie: Po co służyć?, to: służyć to znaczy pozwolić, by Jezus służył przez nas, przez to, co nam mówi, co włożył w serca i umysły, przez wrażliwość, jaką mamy. To wszystko ma służyć jednemu, to Jezus chce służyć. To jest prawda odciążająca. To Jezus mówiąc do faryzeuszy chce, aby pozwolili, żeby On służył przez ich wierność Prawu, przez ich skrupulatyzm, ogromną troską o to, żeby nie powtórzyła się kolejna niewola. Wszystkie przepisy byłyby do wypełnienia, gdyby tylko miały jeszcze ducha, gdyby im towarzyszyła miłość.

To Jezus chce służyć. Ta perspektywa, która wydaje się być zbyt teologiczna, jest naprawdę najbliższą i jedyną, która rozwiązuje nam ręce, a pięści, czyli ręce, czyni otwartymi. Jezus chce przez nas służyć. Odkrycie tej prawdy i poddanie się jej, to jest droga. Odkrycie tej prawdy i poddanie się jej odciąża człowieka, bo wprawdzie jesteśmy ważniejsi niż wiele wróbli, ale nie jesteśmy najważniejsi.

Najważniejszy jest tylko Jeden. Im częściej to uznajemy, tym mniej się męczymy tym, co robimy, bo to Jezus służy w nas i On nie chce, żeby Jemu służono. Im rzadziej odkrywamy tę prawdę bądź im częściej próbujemy tę prawdę skatalogować jako abstrakcyjną, pięknie brzmiącą, ale nic niewnoszącą do życia, to bardziej jesteśmy obciążani, tym bardziej łakniemy różnych pochwał − proszę nie mylić tego z docenianiem – którym pozwalamy się oczarować bądź giniemy zmiażdżeni krytyką, zapominając o tym, że nasza wartość leży gdzie indziej.

To jest druga odpowiedź na pytanie: Po co służyć? – nasza wartość bierze się z tego, że Bóg może się nami posługiwać. Dla chrześcijanina, dla człowieka wierzącego, jak uczy Pismo Święte, a szczególnie Nowy Testament: niezbywalna godność, niezbywalna wartość objawia się w tym, że Bóg może przez niego służyć, stąd bierze się ogromna wartość − wartość, której nie zaczarują pochwały i nie zmiażdży krytyka. Bóg może i chce się mną posługiwać. Mną. Nie wycinkiem mnie, nie historią mojego życia, którą jestem w stanie ogarnąć i zrozumieć.

To, co jest wstrząsające, na co zwraca uwagę św. Augustyn – Bóg się nawet posługuje moim grzechem, żebym nauczył się służyć. Być sługą to być kimś, kto doświadcza tego, jaką wartość ma w oczach Bożych, bo Bóg się chce nim posłużyć.

Trzecia próba w odpowiedzi na pytanie: Po co służyć?, to odpowiedź, która związana jest z „korzyścią”, jaką mamy z tego faktu, że służymy, że może się nami posługiwać Bóg. Dopiero wtedy stajemy się sobą, kiedy Bóg może nami służyć, bo jak uczy Sobór Watykański II: Człowiek staje się sobą tylko przez bezinteresowny dar dla innych. Nie jestem u siebie i nie jestem sobą, gdy nie jestem dla innych.

Ciężary nie do uniesienia pojawiają się wówczas, kiedy znika nam z perspektywy prawda o tym, że Bóg chce się nami posługiwać, chce nami posłużyć innym.

Daleko będzie do pokoju serca, daleko będzie do zgody na wiele wydarzeń w naszym życiu, gdy prawda o tym, że Bóg nami posługuje w całości, będzie dla nas tylko jakąś fikcją i jednym z komentarzy do Ewangelii, a nie do naszego życia.

Może warto na to zwrócić uwagę w tylu różnych rzeczach, informacjach, które próbują do nas dotrzeć, a tak naprawdę próbują nas zetrzeć, zagłuszyć. Może warto pozwolić Bogu zająć się historią naszego życia i spróbować spojrzeć na służbę w kluczu, który próbuje nam podpowiedzieć Ewangelia, jako miejsce, w którym doświadcza się bliskości Boga, jako miejsce, w którym doświadcza się swojej prawdziwej wartości, jako miejsce, w którym stajemy się ciągle sobą z pokorną prawdą o tym, że pewnie z jakimiś brakami i grzechami do trumny nas kiedyś też włożą.

Panie Jezu, uzdalniaj nas do refleksji, która nie będzie męcząca, do biada, które nie będzie biadoleniem i do służby, która nie będzie jakimś głupkowatym, naiwnym poświęcaniem się dla innych, ale rzeczywistym miejscem doświadczania Boga, doświadczania Jego mocy, także i w swoich słabościach.

Ksiądz Leszek Starczewski