Dobre Słowo 12.10.2014 – XXVIII niedziela zwykła

posted by: Ksiądz Leszek Starczewski
Poprawiono: 12 październik 2014

 

Dobre Słowo 12.10.2014 – XXVIII niedziela zwykła

No to jesteś pobożny czy nie?

Duchu Święty, potrzebujemy Twojego światła, aby ciemności naszych zmagań z różnymi życiowymi sytuacjami nie zamknęły nas na nadzieję. Prosimy, aby Twoje światło przeniknęło nasze serca.

Pytanie na początku: Kto z nas czuje się pobożnym człowiekiem? Kto nie ma zdania? Kto boi się udzielić odpowiedzi? Nie jest to proste i nikt zasadniczo na kazaniu o takie rzeczy nie pyta. Ale pytanie to związane jest z zabiegiem, który robi Jezus, o którym słyszymy w pierwszym wersecie w dzisiejszej Ewangelii Mateusza: W przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu. To znaczy do ludzi, którzy uważali się za pobożnych. Więc w sumie dzisiejsze słowo jest dla pobożnych ludzi, dla tych, którzy uważają się za pobożnych.

Rzeczywiście, jest jakiś powód, dla którego Jezus mówił w przypowieściach. Jak wiemy, kiedy czynił wiele znaków i cudów, to ciągnęły za Nim tłumy. Przypomnijmy, że wtedy nikt nie myślał o NFZ ani o służbie zdrowia, więc jak ktoś uzdrawiał i robił to gratisowo, jeśli ktoś rozdawał chleb, mnożył, można było nawet zjeść dobrą rybę, to było to bardzo atrakcyjne. Więc Jezus gromadził ogromne tłumy. Istniało niebezpieczeństwo spłycenia relacji do Jezusa. Spłycenia, czyli traktowania Go wyłącznie jako lekarza, jako instytucji typu Caritas, która zajmuje się ubogimi, ewentualnie za jakiegoś mądrego nauczyciela, bo zresztą mówili do Niego – Mistrzu.

Jezus stosuje więc pewien zabieg związany z przypowieściami, to znaczy z opowiadaniami z życia wziętymi, żeby dokładnie rzecz biorąc, zapukać do myślenia, żeby pobudzić, sprowokować myślenie ludzi, żeby w tym tłumie nie zostać tłumokiem, kimś, kto przestanie myśleć, chodząc za Jezusem. Kto włączy w sobie taką funkcję automatu, czyli siłą rzeczy, jeśli jestem przy Jezusie albo też jeśli jestem w Kościele, jeżeli w miarę się modlę, to automatycznie gwarantuje mi to wszystko łącznie z ucztą niebieską, która jest symbolem nieba. Więc przypowieści miały taki cel. Dotknęły bardzo arcykapłanów i starszych ludu, o czym mówi ostatni werset, dziś nie przytaczany, ale dokładnie z tego fragmentu, kiedy arcykapłani i starsi ludu rozpoznali, że Jezus demaskuje ich pozorną pobożność. Postanowili więc Go zgubić, to znaczy schwytać Go na jakimś słowie. Poczuli się dotknięci, bo jak można wypomnieć komuś, że ma pozorną pobożność, skoro on uważa, że ta pobożność nie jest najgorsza, wręcz przeciwnie, jest najlepsza. Bo gdyby wszyscy byli tak pobożni, to nie byłoby problemów na ziemi.

I co robi Jezus? Odwołuje się do zdarzeń, które tam rzeczywiście miały miejsce i tu chwilkę poświęćmy na to, żeby spróbować odtworzyć sobie tamte zwyczaje w związku z zaproszeniem na ucztę. Jeżeli władca zapraszał na ucztę, to ona trwała najmniej siedem dni, więc można było rzeczywiście poucztować. Jeżeli władca organizował ucztę, to rozsyłał zaproszenia. Zasadniczo dwa. Jedno mówiło o tym, że będzie uczta, nie określając czasu, a drugie to było zaproszenie, w którym już bardzo wyraźnie powiedziano, że tego dnia trzeba się stawić. Jeżeli władca zapraszał na ucztę, to nie był to sąsiad, to był ktoś wyjątkowy. Poczujmy się przez chwilę, że zaprosił nas na posiłek Papież Franciszek. Rzeczywiście zobowiązujące. Więc kiedy słudzy idą, aby wykonać polecenie króla, kiedy w tym poleceniu kilkakrotnie pojawia się i jest to bardzo ważne, że uczta gotowa, przygotowałem moją ucztę, jest zaproszenie, wówczas jest to oczywiste, że na zaproszenie się odpowiada, pozytywnie lub negatywnie. Odpowiedź, którą dają poszczególni zaproszeni, jest wyrazem zlekceważenia. Niewykluczone, jak mówią okoliczności kulturowe, że ci prości ludzie, którzy zostali zaproszeni na ucztę, wybrali raczej coś, co było związane z ich utrzymaniem, to znaczy nie docenili tego, że to prosi król. Bardziej dbali o to, żeby codzienność sobie zapewnić, to znaczy, żeby z czegoś po prostu żyć. Król w obawie o to, po pierwsze, że zlekceważenie może być zarzewiem jakiegoś buntu, a po drugie chodziło o jego autorytet i o honor, poleca wysłać swoje wojska i wytracić wszystkich tych, którzy nie dość, że odrzucili zaproszenie, to zabili jeszcze tych, którzy z zaproszeniem przyszli, a miasto ich spalić.

Spróbujmy chwycić też sens tego przesłania dla nas. Na zaproszenie załapią się ludzie, którzy się tego nie spodziewali. Ci, którzy stoją na rozstajach dróg, czyli naszym językiem mówiąc, przy budkach z piwem, gdzieś w podejrzanych, ciemnych, mrocznych miejscach. Są zaproszeni źli i dobrzy. Sala zapełnia się biesiadnikami. Trzeba zaznaczyć, że jeśli władca wysyłał zaproszenie, to także dawał stosowne szaty – wychodził naprzeciw biedzie prostych ludzi. To jest tak, jak niektórzy księża, interpretując tę scenę, odwołują się do stroju, jaki powinien być stosowny do miejsca, gdzie się jest. Jest to teatr, jest to muzeum, jest to Eucharystia. Jak wiemy, do bazyliki św. Piotra, czy też do innych prestiżowych świątyń, nie wpuszczą nikogo, kto nie jest godnie ubrany. Czasem trzeba zapłacić 5 euro, żeby otrzymać odpowiedni strój. Kiedy król przypatrywał się biesiadnikom, dostrzegł człowieka, który wszedł nie mając stroju weselnego. Zwiążcie mu ręce, nogi i wyrzućcie go na zewnątrz, tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Tak, jeżeli chodzi o kulturę i zwyczaje tamtego czasu. Jezus korzysta z nich, bo słuchacze doskonale wiedzieli, że takie sytuacje rzeczywiście mogą mieć miejsce.

Jakie jest przesłanie tego tekstu? Po pierwsze, warto zwrócić uwagę na darmowość zaproszenia i niesamowity gest króla. Pod tym królem kryje się w przekonaniu Izraelitów Bóg. Synem, któremu wyprawia ucztę, jest sam Izrael, a mówiąc językiem Kościoła, chodzi o Boga, który wyprawia ucztę swojemu Synowi, Jezusowi. Tę ucztę, na którą zaprasza każdą i każdego z ochrzczonych. Każdego człowieka zaprasza na ucztę. Wyjątkowość tego zaproszenia jest o tyle istotna, że związana jest ona z pewną symboliką. W zaproszeniu na ucztę, kryje się zupełna bezinteresowna miłość. I tu uwaga: nie ma w nikim wśród nas żadnego powodu, który kazałby Bogu nas kochać. Może to być szokujące, może być zatrważające, kiedy spojrzy się na swoje wysiłki, ale to też może być bardzo wyzwalające. Nie ma żadnego powodu, dla którego Bóg miałby nas kochać. On robi to bezinteresownie, bez względu na to, jakie wyobrażenia mamy, co się dzieje w naszym życiu, Bóg kocha bezinteresownie. Nie ma w tym jakiegoś biznesu. Nawiasem mówiąc, mówienie o relacjach w miłości z użyciem pojęć: partner, partnerka jest mocno podejrzane, z prostej przyczyny, bo przecież partner jest w biznesie. A jeżeli ktoś z miłości robi biznes, to nie jest już miłość. Bóg nie robi biznesu w miłości. Gdyby właściciel sklepu miał takich pracowników, jakich Bóg ma często wyznawców, to sklep by już dawno splajtował. Więc nie o biznes tu chodzi, nie chodzi o wrzucenie kilku modlitw, kilku dobrych uczynków i wtedy z automatu coś wyskakuje, ale chodzi o odkrycie, że kochani jesteśmy bezinteresownie. Jeśli to odkrycie nas dotknie, wówczas jest szansa, że wzbudzi się w nas – tak jak przez przypowieść – myślenie, co zrobić, skoro Bóg tak kocha, żeby tę miłość odwzajemniać. To jest jedyna postawa podobna do szaty stroju weselnego, która sprawia, że można przejść przez życie i dojść na wieczną ucztę do domu Niebieskiego Ojca. Myślenie o miłości, czerpanie miłości bezinteresownej jest bardzo uwalniające, bo na nią się nie zasługuje. Pewnie dlatego strasznie niemądre jest, kiedy ktoś w rodzinie pyta dziecka: A kogo bardziej kochasz: mamę czy tatę? Jak to zrobisz, to mamusia cię będzie kochała – bo to niesamowicie utrudnia i komplikuje życie na lata. Odkrycie tej prawdy, że Bóg kocha bezinteresownie, odkrycie bezinteresownej miłości Boga, doświadczenie bezinteresownej miłości Boga, tak głęboko przejmuje człowieka, że jest w stanie, w każdych warunkach, jak pisze dzisiaj św. Paweł, w biedzie, cierpieniu, dostatku, niedostatku, mierzyć się z życiem i iść we właściwą stronę, na górę, o której dziś wspominał prorok Izajasz, wspiąć się na górę, do domu Niebieskiego Ojca.

Wielu o tym wie. Dziś wielu jest powołanych, ale mało kto wybiera taką drogę. Często łamiemy się, nastawiając na własny wysiłek, tylko na własny wysiłek, często łamiemy się, szukając wszystkiego tylko nie tego, co najistotniejsze, znajdując tysiąc wymówek przed uczeniem się miłości, która jest bezinteresowna, nieodwołalna, która potrafi dostosować się do sytuacji osoby kochanej w okolicznościach, w których się znajduje.

Czy zmieniło się coś od pierwszego pytania na początku kazania?

Kto z was czuje się pobożnym człowiekiem?

Ksiądz Leszek Starczewski