Drukuj

Dobre Słowo 11.04.2014 r. – piątek, V tydzień Wielkiego Postu

posted by: Leszek Starczewski
Poprawiono: 13 kwiecień 2014

Prawie jak herezja

Żydzi porwali kamienie, czyli Jezus nie porwał Żydów, chociaż mówił i czynił wiele. Chcieli Go ukamienować.

W tej części nas, która jest pobożna – a mamy taką część w sobie – nie przychodzi nam na myśl, że moglibyśmy porwać kamień na Boga. Nie przychodzi nam oficjalnie, ale nieoficjalnie często nie robimy nic innego, jak zbieramy kamienie – argumenty, żeby obrzucać nimi Boga. Brzmi jak herezja, ale jeżeli nie ukamienuję w moim życiu Boga, jeśli Go nie zabiję, to mi nie zmartwychwstanie. Bo jeśli miałby zmartwychwstawać dla innych, to znaczy, że uważam się za lepszego, a Boga uważam za kłamcę – jak mówi św. Jan: Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, nie mamy powodu, żeby zabić Boga, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Strasznie trudna to prawda.

Strasznie trudno przyjąć do serca to, że tak kochanego Boga, o którym tyle słyszałem, którego przecież nie raz doświadczyłem w Jego dobroci, zabijam własnymi rękami, a On zmartwychwstaje. To nam się nie mieści w pobożnej części naszej głowy i serca, ale nie ma innej drogi. Ja Go zabijam moimi grzechami! Nie ma grzeszków. Grzech Go zabija. Zapłatą za grzech jest śmierć, ale płaci Bóg. Ciężko w to uwierzyć, łatwiej to przeteoretyzować, czy komentować i głosić kazania na ten temat

 Dobre Słowo 11.04.2014 r. – piątek, V tydzień Wielkiego Postu

Jr 20,10-13; Ps 18,2-7; J 6,63b.68b; J 10,31-42

Prawie jak herezja

Duchu Święty, to Twój czas. Dziękuję Ci, że jesteś Panem i Ożywicielem, znasz potrzeby naszych serc i chcesz, żebyśmy przyjęli to, co Jezus w tej chwili nam daje.

Żydzi porwali kamienie, czyli Jezus nie porwał Żydów, chociaż mówił i czynił wiele. Chcieli Go ukamienować.

W tej części nas, która jest pobożna – a mamy taką część w sobie – nie przychodzi nam na myśl, że moglibyśmy porwać kamień na Boga. Nie przychodzi nam oficjalnie, ale nieoficjalnie często nie robimy nic innego, jak zbieramy kamienie – argumenty, żeby obrzucać nimi Boga. Brzmi jak herezja, ale jeżeli nie ukamienuję w moim życiu Boga, jeśli Go nie zabiję, to mi nie zmartwychwstanie. Bo jeśli miałby zmartwychwstawać dla innych, to znaczy, że uważam się za lepszego, a Boga uważam za kłamcę – jak mówi św. Jan: Jeżeli mówimy, że nie mamy grzechu, nie mamy powodu, żeby zabić Boga, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Strasznie trudna to prawda.

 

 

Strasznie trudno przyjąć do serca to, że tak kochanego Boga, o którym tyle słyszałem, którego przecież nie raz doświadczyłem w Jego dobroci, zabijam własnymi rękami, a On zmartwychwstaje. To nam się nie mieści w pobożnej części naszej głowy i serca , ale nie ma innej drogi. Ja Go zabijam moimi grzechami! Nie ma grzeszków. Grzech Go zabija. Zapłatą za grzech jest śmierć, ale płaci Bóg. Ciężko w to uwierzyć, łatwiej to przeteoretyzować, czy komentować i głosić kazania na ten temat, ewentualnie zdobyć się na to, by napisać jakieś echo słowa, czy powiedzieć coś na temat słowa, ale trudno przyjąć, że we własnym życiu tak się dzieje. Że to ja Go zabijam! Ja! Że ty jesteś tym grzesznikiem – jak usłyszał Dawid, kiedy zgrzeszył z Batszebą i zabił nie własnymi rękoma Uriasza Chetytę.

Jestem grzesznikiem. Jak inaczej to brzmi, jak mówi się o tym z miłością, Jego miłością zakrytą pod osłoną znaków sakramentalnych oraz pod osłoną mojego brata i siostry. Ja Go zabijam! Ja Go morduję! Ja Go biczuję! Ja Mu pluję w twarz! Jak inaczej to brzmi, kiedy widzi się Jego reakcję, a nie tylko swoje czyny. Kiedy patrzy się na to, jak On reaguje, jak wciąż na nowo z miłością nadstawia drugi policzek.

Dotykając prawdy o grzechu wypowiadanej do nas z miłością, trudno nie zachować się jak Piotr pytany o miłość. Zasmucił się. Piotr, którego Pan pytał: Piotrze, czy nie przeraziło cię, że przyłożyłeś rękę do mojej śmierci? Czy nie przeraziło cię to na tyle, by nie wyrażać dalej zgody, bym cię kochał?

Sercem Ewangelii nie jest to, żebyśmy byli wierni Bogu, żebyśmy potrafili się skupić na modlitwie, czy przychodzili na Eucharystię i przeżywali ją nie wiem jak. Sercem Ewangelii nie jest nasza wierność, nie jest nasza bezgrzeszność i to, że nam się coś udaje, to, że Go nie zawiedziemy, dotrzymamy postanowień. To nie jest serce Ewangelii. To jest pseudoewangelia. Sercem Ewangelii jest to, że mogę wracać, mam wracać i kiedyś wrócę do domu niebieskiego Ojca. Za każdym razem mam wracać, bo bliskie jest działanie królestwa Jego miłości: Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię.

Każdy z nas ma swoją drogę i etap odkrywania bądź zakrywania tej prawdy. Przed każdym z nas, ilekroć dojdzie do naszej świadomości, że coś jest nie tak z moją wiarą, czegoś mi tu brakuje, staje Bóg gotowy umyć nogi, wysłuchać, nie wypominać. Jest odporny, bardzo asertywny na nasze manipulacje. Ten Bóg naszymi własnymi rękami zostanie uduszony i zmartwychwstanie. Tak będzie do końca, do dnia, gdy przyjdzie.

Pamiętam, jak siostra katechetka na lekcjach religii, gdy byłem w drugiej klasie, tak opowiadała o niebie i o piekle – cytując jednego kaznodzieję – jakby sama w nim była. Byłem przerażony. I z drżeniem zapytałem: Proszę siostry, a jak w dzień sądu Pan Jezus przyjdzie, a ja będę w grzechu i wtedy Go poproszę o to, żeby mi przebaczył, to mi przebaczy? Siostra spojrzała na mnie oczami pełnymi dobrej, ciepłej miłości i powiedziała: Leszku… Wystarczyło.

Prośmy dobrego Pana, abyśmy dostrzegli i usłyszeli Jego głos wtedy, kiedy chcielibyśmy być nie takimi bogami, jakimi widzi nas Bóg. Żebyśmy spojrzeli Mu w oczy. Żebyśmy się przytulili do krzyża nawet, gdy ciernie z Jego korony powbijają nam się, bo rzeczywiście przytulić się do krzyża, na którym jest cierniowa korona, nie da się bez wbicia cierni. Żebyśmy się przytulili, gasząc tym naszą pychę i przekonanie, że to dewocyjne, pseudopobożne zachowanie. I żebyśmy tak potrwali, aby On mógł zrobić swoje. Żeby mógł umrzeć i zmartwychwstać dla mnie.