Dobre Słowo 11.02.2013 r.

posted by: Leszek Starczewski
Poprawiono: 11 luty 2013

 

 

Dobre Słowo 11.02.2013 r. – poniedziałek V tydzień zwykły

Rdz 1,1-19; Ps 104,1-2.5-6.10.12.24.35; Mt 4,23; Mk 6,53-56

 

Na początku, czyli w Jego rękach

            Panie Jezu, te rozważania mają naprowadzać na Twoje słowo. Poślij Ducha Świętego, aby tak się stało.

            Dobrze jest wracać do prostych rzeczy, przypominać sobie, że nie da się budować domu wzwyż, stawiając kolejne piętra, jeśli nie ma postaw – dobrego fundamentu, bo wcześniej czy później dom po prostu runie. Dobrze jest wracać do początku, do tego, co rzeczywiście jest proste.

Niedawno na lekcji jedna z uczennic powiedziała coś takiego: W sumie ksiądz pyta o proste rzeczy. Czemu tak trudno się o nich mówi? Wracamy więc razem z autorem Księgi Rodzaju do prostoty i do tego, co jest na początku, który mówi: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia była bezładem, pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.

Bóg ciągle chce, abyśmy byli na początku, to znaczy przy Nim, aby to On nas mógł nieustannie stwarzać na nowo. Bezład i pustkowie, które w sobie odkrywamy, ciemności będące nad powierzchnią bezmiaru wód, jaki stanowimy, nie mają być dla nas powodem do niczego innego, jak tylko zgody na to, by Duch Boży unosił się nad nami, by nas stwarzał na nowo. Stwarzasz je, napełniając swym Duchem. Odnawiasz oblicze ziemi.

            W liceum miałem odkrycie niby banalne, ale wnoszące niesamowitą świeżość w moje myślenie, że Bóg nie przestał stwarzać świata, że go ciągle stwarza. Stwarzasz stworzenia, napełniając je swym Duchem, odnawiasz oblicze ziemi. Potrzebny jest powrót do początku, do zgody na to, by Bóg nas stwarzał, lepił z tych wydarzeń, spotkań, relacji, w jakich jesteśmy, naszych udanych i nieudanych modlitw, by nas nieustannie napełniał swoim Duchem.

Warto siebie samego postawić pod murem z pytaniem o prostotę.

Ile prostoty jest jeszcze we mnie?

Ile jest we mnie takiego początku?

Na ile ten początek, tę prostotę pielęgnuję? A na ile zgodziłem się, by różne komplikacje po prostu mnie przywaliły, by treści, obecne ponad moją głową, mną władały jak opętane, po mnie się tłukły?

Ile jest poruszenia serca, które w prostocie chce stawać przed Panem Bogiem?

Jezus w Ewangelii św. Marka, we fragmencie dziś rozważanym, jest Kimś, za kim biegają ludzie z całej okolicy. Jezus uzdrawia. Przynoszą Mu na noszach chorych tam, gdzie, jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy do osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. Właśnie takie wyobrażania o Jezusie mają ludzie. Jezus objawia się jako Ten, który wchodzi w ludzką biedę, jako współczujący i leczący, jako Zbawiciel, który zbawia nie tylko ciało, ale i duszę. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.

Niedawno rozmawialiśmy z kimś o naszej świeżości w spotkaniach z Bożym słowem. W czasie tej rozmowy wyszło kilka myśli, które ciągle jeszcze we mnie są obecne. Banalne pytanie: Na ile konfrontujemy nasze życie ze słowem Boga? A na ile z tym, jak to słowo Boga głoszą, odbierają, przeżywają inne osoby? – Chyba często ulegamy pokusie porównywania siebie. Już nie konfrontowania się i pytania o moją relację do słowa, a bardziej o to, jak powinnam je odebrać. To brak prostoty, początku, o który bardzo apeluje we mnie Pan Bóg.

Każdy z nas ma swoją drogę odkrycia słowa. Stąd apele, które w większości pozostają bez echa − apele o echo słowa − nie są apelami o nic innego, jak o ubogacanie siebie nawzajem, o reagowanie na słowo.

Stawiam pytanie sobie i tym, którzy rozważają dzisiejszą Liturgię Słowa: Na ile Jezus jest Kimś, kto interweniuje w nasze życie, zbawia nas i leczy? Jeżeli słowo Boże rzeczywiście tak mówi, to Jezus tak działa. A jeżeli tak nie działa w naszym życiu, to coś jest nie tak, coś jest nie halo. Co jest nie halo, jeżeli Jezus nie uzdrawia, nie sprawia, że odzyskujemy zdrowie, że się Go nie dotykamy, czy może źle się Go dotykamy? Co jest nie halo?

To pytanie w korespondencji ze słowem rozważanym wczoraj, w niedzielę, ma też na celu zachęcić nas do odpowiedzi: Na ile w nas jest zdrowego podejścia? Na ile w nas jest jakiegoś chorego podejścia? − Zdrowe podejście to takie, gdy odkrywam, że Bóg uzdrawia, a w moim życiu jakby spał i nie wpadam w przygnębienie, tylko proszę Pana, żeby pomógł mi odpowiedzieć na to pytanie i żeby mnie do siebie po prostu zbliżył. Chore podejście mówi, że na pewno to i tamto jeszcze muszę zrobić. Nie doświadczam Pana dlatego, że zaniedbałem tamto i owamto.

Prośmy Pana, żeby nie tamto i owamto, ale zwyciężył dotyk w spotkaniu z tym słowem, które On do nas dziś głosi.

Ksiądz Leszek Starczewski