Poczytam Słowo, ale sam jakoś nie mam odwagi...

posted by: LJ
Poprawiono: 30 styczeń 2015

Katolik nad Wisłą raczej nie krzyczy w czasie modlitwy. Poczyta o Bartymeuszu, ale sam jakoś nie ma odwagi…

– Może jednak krzyczy, ale bez świadków? Kto to wie... Może krzyczał, ale później miał przeprawę z antyterrorystami, bo zaniepokojony sąsiad wezwał…

Odwagi raczej mu nie brakuje, ale to praktyczny umysł i woli pokrzyczeć „na” niż „do”. Na przedstawicieli Boga, bo pod ręką, w domu na kobietę (kobieta chce, Bóg chce), a w internecie na księdza, bo ogólnie męczący i gorszący. W parku na przedstawicieli natury, która niesprawiedliwie rozdzieliła talenty w firmie, no, oprócz rozumu oczywiście – więc dostaje się kotu, psu i wiewiórce, bo co jej tak wesoło.

Poza tym Polak ma doskonale rozwiniętą orientację i już z góry wie, kto zawinił, kto jest przyczyną jego nieszczęść i gdzie czai się wróg – też pod ręką, oczywiście. Nie ma więc potrzeby odwoływać się do Najwyższej Instancji.

 

Polak raczej nie lubi siebie, wstydzi się siebie, umiera na myśl, że mógłby się skompromitować, stać się przedmiotem żartów, on – właściciel cudownie opanowanego mentorskiego tonu, on, który zna się na wszystkim, on, który reprezentuje sławne, ale nieszczęśliwe plemię i ma zadziwić świat, oczywiście wstrzymujący oddech. A pokrzykiwanie do Boga jest jakieś takie, no, nienormalne, niepoważne. Nie zapominajmy, że Polak-katolik jest pod spodem też trochę niewierzący, dlatego lgnie do dużych zgromadzeń, które go niosą, z których czerpie siłę, które go reprezentują oficjalnie przed światem. Indywidualnie raczej z Bogiem się nie spotyka. Nie lubi krępujących sytuacji sam na sam.

Cały wywiad:

http://gosc.pl/doc/1432482.Zaciemnienie